Zajętość to nie produktywność. Przestań się oszukiwać
Znam ludzi, którzy są zajęci od rana do nocy i nie osiągają absolutnie niczego. Znam też takich, którzy pracują cztery godziny dziennie i zmieniają swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Różnica między nimi nie leży w liczbie przepracowanych godzin. Leży w tym, co robią z tymi godzinami.
Przez osiemnaście lat pracy z ludźmi — w gabinetach, na salach szkoleniowych, przy kawach, które zamieniały się w kilkugodzinne rozmowy — obserwowałem ten sam schemat. Człowiek przychodzi do mnie i mówi: „Nie mam czasu na nic. Jestem zajęty cały dzień". Kiedy zaczynamy rozmawiać o tym, co konkretnie robi, okazuje się, że dzień wypełniony jest spotkaniami bez celu, mailami bez znaczenia i zadaniami, które mogłaby wykonać zupełnie inna osoba albo nie wykonać ich wcale.
To nie jest problem z czasem. To problem z priorytetami, odwagą i — powiem to wprost — ze strachem przed tym, co by się stało, gdyby człowiek naprawdę skupił się na rzeczach ważnych.
Zanim przejdziemy do technik i narzędzi, muszę powiedzieć coś, czego większość poradników pomija. Zajętość bywa wygodna. Jeśli jesteś zajęty, masz gotowe wytłumaczenie dla siebie i dla innych: nie ma czasu na projekt, który się boisz zacząć. Nie ma czasu na rozmowę, którą trzeba przeprowadzić. Nie ma czasu na zmianę, która przeraża.
Pamiętam klienta — nazwijmy go Marcin — który przyszedł do mnie z problemem braku czasu. Prowadził własną firmę, miał trójkę dzieci, kilka projektów równocześnie. Na pierwszej sesji powiedział mi, że nie może rozwinąć swojego biznesu, bo jest za bardzo zajęty bieżącymi sprawami. Na trzeciej sesji wyszło coś zupełnie innego: bał się, że jeśli spróbuje poważnie zainwestować w rozwój firmy i to nie wypali, straci jedyne, co zbudował. Zajętość była jego pancerzem. Dopóki był zajęty, nie musiał ryzykować.
To nie jest jednostkowy przypadek. To mechanizm, który widzę regularnie. Zanim zaczniesz optymalizować swój kalendarz, zapytaj siebie szczerze: czy moja zajętość chroni mnie przed czymś, czego się boję?
chomika w kołowrotku. Jest w nieustannym ruchu. Pracuje ciężko. Pot mu kapie z czoła — no dobra, chomiki nie pocą się tak bardzo, ale Problem polega na tym, że po ośmiu godzinach intensywnego biegu jest dokładnie w tym samym miejscu, co na początku.
Wielu z nas żyje jak ten chomik. Ruch jest. Aktywność jest. Postępu nie ma.
Produktywność to nie ilość zadań odhaczonych na liście. Produktywność to skuteczne przesuwanie się w kierunku celu, który ma dla ciebie znaczenie. Możesz w ciągu dnia odpowiedzieć na sto maili, uczestniczyć w pięciu spotkaniach i zakończyć dwadzieścia drobnych zadań — i być przy tym absolutnie nieproduktywny, jeśli żadna z tych czynności nie przybliża cię do miejsca, w którym chcesz być.
Badania przeprowadzone przez Glorię Mark z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine pokazują, że po każdym przerwaniu pracy potrzebujemy średnio ponad dwudziestu trzech minut, żeby wrócić do pełnego skupienia. Dwudziestu trzech minut! A większość z nas pozwala się przerywać kilkadziesiąt razy dziennie. Robimy się coraz bardziej zajęci i coraz mniej produktywni.
Nie lubię dawać długich list zadań do wykonania, bo wiem, że większość z nich ląduje w szufladzie. Zamiast tego dam ci trzy pytania, które sam zadaję sobie każdego ranka i które — jeśli będziesz z nimi szczery — zrewolucjonizują sposób, w jaki organizujesz czas.
Nie co jest pilne. Nie co ktoś od ciebie chce. Co jest naprawdę ważne — czyli co, jeśli to zrobisz, za tydzień, miesiąc, rok poczujesz, że się liczyło?
Dwight Eisenhower — prezydent Stanów Zjednoczonych i wcześniej naczelny dowódca sił alianckich podczas II wojny światowej — powiedział kiedyś coś, co stało się podstawą jednej z najskuteczniejszych metod zarządzania czasem: „To, co ważne, rzadko bywa pilne. To, co pilne, rzadko bywa ważne". Macierz Eisenhowera, czyli podział zadań na cztery kategorie według ważności i pilności, to narzędzie stare jak świat, a mimo to skuteczne właśNie chodzi o to, że zmusza do rozróżnienia tych dwóch kategorii.
To pytanie boli. Zmusza do przyznania się, że wiele rzeczy, które robimy sami, mogłoby robić ktoś inny — albo nie robić ich wcale. Kiedy zaczynam pracę z menedżerami, często proszę ich, żeby przez tydzień zapisywali każde zadanie i przy każdym odpowiadali na to pytanie. Wyniki są zawsze podobne: od czterdziestu do sześćdziesięciu procent tego, co robią, może robić ktoś inny lub można to całkowicie wyeliminować.
To najtwardszy orzech do zgryzienia. Codzienne sprawdzanie mediów społecznościowych, uczestnictwo w zebraniach, do których nikt cię nie potrzebuje, raportowanie rzeczy, których nikt nie czyta — to wszystko dzieje się z przyzwyczajenia. Nie chodzi o to, że jest potrzebne. Dlatego, że tak było zawsze.
Nie będę ci teraz wciskać, że musisz wstawać o czwartej rano, medytować przez godzinę i biegać przed świtem. Znam ludzi, którzy to robią i są nieszczęśliwi. Znam też takich, którzy wstają o dziewiątej i robią rzeczy, które mają znaczenie. Nie chodzi o rytuały. Chodzi o strukturę i intencję.
Oto co działa — i co obserwowałem u najbardziej produktywnych ludzi, z którymi pracowałem:
Cal Newport, profesor informatyki i autor kilku ważnych książek o produktywności, wprowadził pojęcie „pracy głębokiej" (ang. deep work) — czyli skupionej, nieprzerwanej pracy nad zadaniami wymagającymi pełnej koncentracji. Badania pokazują, że takie bloki czasu — od dziewięćdziesięciu minut do czterech godzin bez przerw i powiadomień — są tym, co napędza prawdziwy postęp.
Sam stosuję tę zasadę od lat. Moje pierwsze trzy godziny dnia należą do pracy twórczej: pisania, przygotowania programów szkoleń, pracy koncepcyjnej. Telefon jest wyciszony. Poczta nie jest otwarta. Nikt mnie nie potrzebuje przez trzy godziny — i za każdym razem, kiedy myślę, że to niemożliwe, okazuje się, że jest możliwe.
Badania nad wyczerpaniem woli (ang. ego depletion), czyli zmęczeniem decyzyjnym, pokazują, że każda podjęta decyzja — niezależnie od jej wagi — zużywa zasoby poznawcze. Barack Obama przez całą prezydenturę nosił dwa rodzaje garniturów: niebieski i szary. Nie chodzi o to, że był pozbawiony smaku estetycznego. Dlatego, że nie chciał tracić energii decyzyjnej na rzeczy nieistotne.
Zautomatyzuj, ustandaryzuj, zrutynizuj wszystko, co możesz. Co jesz na śniadanie, co ubierasz, kiedy ćwiczysz — niech to będzie na autopilocie. Dzięki temu twoja zdolność do podejmowania ważnych decyzji będzie znacznie wyższa przez cały dzień.
Warren Buffett powiedział kiedyś, że różnica między ludźmi sukcesu a tymi, którym sukces sprawia trudności, leży w tym, że ci pierwsi mówią „nie" prawie wszystkiemu. To jeden z najtrudniejszych do wdrożenia elementów produktywności, bo wymaga czegoś, czego nas nie uczono: priorytetyzowania siebie i własnych celów ponad oczekiwania innych.
Kiedy mówisz „tak" na każde spotkanie, każdą prośbę, każde zaproszenie — tak naprawdę mówisz „nie" własnym priorytetom. Mówisz „nie" pracy głębokiej. Mówisz „nie" projektowi, który ma dla ciebie znaczenie. Mówisz „nie" sobie.
Chcę powiedzieć coś, co może być niepopularne: większość aplikacji do zarządzania czasem i produktywności sprawia, że czujemy się produktywni, zamiast faktycznie nimi być. Spędzamy godziny na organizowaniu zadań w pięknych systemach, zamiast te zadania wykonywać.
Testowałem przez lata dziesiątki narzędzi — od rozbudowanych systemów zarządzania projektami, przez aplikacje do śledzenia czasu, po różne wariacje na temat metody GTD (ang. Getting Things Done, czyli „Doprowadzanie spraw do końca"). Wniosek jest jeden: narzędzia są bezwartościowe bez jasności co do celów i bez dyscypliny w ich realizacji.
Jeśli masz wybierać, zacznij od najprostszych rozwiązań:
Znam dyrektora dużej firmy produkcyjnej, który przez lata był dostępny dla wszystkich przez cały czas. Czuł się niezbędny. Był zajęty nieustannie. Kiedy w ramach eksperymentu wprowadził zasadę, że odpowiada na maile tylko między dwunastą a czternastą, dwie rzeczy się wydarzyły: po pierwsze, okazało się, że sześćdziesiąt procent maili rozwiązywało się samo, zanim zdążył odpowiedzieć. Po drugie, zaczął w końcu pracować nad strategią firmy, którą odkładał od dwóch lat. W ciągu jednego kwartału wypracował rozwiązanie, które zwiększyło rentowność jego działu o dwadzieścia procent.
Mam do ciebie jedno konkretne zadanie. Nie pięć. Jedno.
Weź kartkę papieru — teraz, nie za godzinę — i napisz odpowiedź na jedno pytanie: Co jest jedną rzeczą, którą gdybym zrobił w tym tygodniu, wszystko inne byłoby łatwiejsze lub mniej ważne?
To pytanie pochodzi od Gary'ego Kellera, założyciela jednej z największych agencji nieruchomości na świecie i autora książki „Jedna rzecz" (ang. The One Thing). Jest deceptively simple — pozornie proste, a w rzeczywistości wyjątkowo trudne, bo zmusza do dokonania wyboru. A dokonanie wyboru oznacza, że wszystko inne schodzi na drugi plan.
Jeśli nie potrafisz odpowiedzieć na to pytanie, to nie masz problemu z zarządzaniem czasem. Masz problem z brakiem jasności co do tego, czego chcesz. I od tego właśnie musisz zacząć.
Przestań być zajęty. Zacznij być produktywny. Różnica jest prosta do zrozumienia i trudna do wdrożenia — właśnie dlatego większość ludzi wybiera zajętość. Ty masz teraz narzędzia, żeby wybrać inaczej.