Seks i samoocena: dlaczego to, co dzieje się w sypialni, mówi więcej o tobie niż myślisz
Powiem ci coś, czego większość terapeutów nie powie ci na pierwszej sesji: to, jak wyglądają twoje relacje seksualne, jest jednym z najdokładniejszych luster twojej samooceny. Nie chodzi o sprawność, technikę ani liczbę partnerów. Chodzi o to, co czujesz w środku - przed, w trakcie i po.
Przez 18 lat pracy z ludźmi - zarówno w gabinecie psychologicznym, jak i na sali szkoleniowej - widziałem jeden powtarzający się schemat: osoby z niską samooceną mają specyficzny, rozpoznawalny wzorzec w sferze seksualnej. I nie, nie chodzi o to, że mają mniej seksu. Czasem mają go więcej. Problem tkwi w powodach, dla których go uprawiają.
Kilka lat temu zgłosiła się do mnie kobieta - nazwijmy ją Marta - trzydziestokilkuletnia, świetnie wykształcona, odnosząca sukcesy zawodowe. Na papierze miała wszystko. W rzeczywistości od lat wchodziła w kolejne relacje seksualne, które kończyły się dokładnie tak samo: ona dawała z siebie za dużo, on znikał, ona czuła się gorsza niż przed.
Kiedy zapytałem ją, dlaczego angażowała się seksualnie z mężczyznami, którzy wyraźnie nie dawali jej tego, czego potrzebowała, odpowiedź była prosta i bolesna zarazem: „Bo przynajmniej przez chwilę czułam, że ktoś mnie chce."
To zdanie mówi wszystko. Seks był dla Marty walutą - czymś, czym płaciła za chwilowe poczucie wartości. Problem w tym, że waluta, którą płacisz za poczucie własnej wartości zewnętrznie, zawsze się dewaluuje. Zawsze.
Osoby z niską samooceną często używają seksu jako narzędzia do regulacji emocji i potwierdzania własnej wartości. To mechanizm obronny, który działa krótkoterminowo, a długoterminowo pogłębia problem. Bo jeśli twoja wartość zależy od tego, czy ktoś cię pożąda fizycznie - jesteś w pułapce.
Badania Kristen Neff z Uniwersytetu Teksańskiego (pionierki w dziedzinie samowspółczucia, czyli życzliwego podejścia do siebie) pokazują wyraźnie: osoby, które mają niski poziom akceptacji własnego ciała, doświadczają znacznie mniejszej satysfakcji seksualnej - niezależnie od tego, jak atrakcyjni są ich partnerzy czy jak długo trwają ich związki.
Dlaczego? Bo zamiast być obecnymi w chwili, są zajęte myśleniem: „Czy dobrze wyglądam z tej strony?", „Czy mój brzuch jest za duży?", „Co on/ona teraz myśli?". Psychologowie nazywają to zjawisko „spectating" - obserwowaniem siebie z zewnątrz zamiast przeżywania czegoś od środka.
Pamiętam rozmowę z Piotrem - mężczyzną po czterdziestce, który trafił do mnie z problemem unikania bliskości fizycznej z żoną. Kochał ją. Pożądał jej. Unikał jej, bo bał się, że zobaczy go „naprawdę" i że to, co zobaczy, ją rozczaruje. Spędził lata budując mur z perfomowania - udowadniania, że jest dobrym kochankiem - zamiast po prostu bycia z nią.
To jest paradoks niskiej samooceny w seksie: im bardziej starasz się wypaść dobrze, tym mniej jesteś obecny. Im mniej jesteś obecny, tym mniej satysfakcji - dla obu stron.
Jest coś, o czym rzadko mówi się wprost Jeśli chodzi o samooceny i seksu: zdolność do mówienia „nie". Powodem jest to, że ty tego nie chcesz.
Osoby z wysoką samooceną mają wyraźne granice. Nie chodzi o to, że są zimne lub niedostępne - wręcz przeciwnie. WłaśNie chodzi o to, że wiedzą, czego chcą i czego nie chcą, ich relacje seksualne są głębsze i bardziej satysfakcjonujące. Nie ma w nich elementu grania roli, udawania czy robienia czegoś wbrew sobie.
Niska samoocena objawia się tu na dwa sposoby:
Jeśli nie potrafisz powiedzieć „nie" w sypialni, prawdopodobnie masz z tym problem też poza nią. I vice versa. Granice seksualne są częścią szerszego obrazu twoich granic życiowych.
Badania opublikowane w czasopiśmie „Journal of Sex Research" (Skakoon-Sparling, Cramer i Shuper, 2016) wykazały bezpośredni związek między samooceną a satysfakcją seksualną. Osoby z wyższą samooceną częściej komunikują swoje potrzeby partnerom, są bardziej obecne podczas seksu i rzadziej angażują się w zachowania seksualne, których później żałują.
Inne badania, prowadzone przez Murphyego i współpracowników (2014), pokazują, że samoocena koreluje z poziomem „sexual assertiveness" - czyli asertywności seksualnej (umiejętności wyrażania swoich potrzeb i granic w sferze seksualnej). Im wyższa samoocena, tym wyższa asertywność seksualna. Im wyższa asertywność seksualna, tym większa satysfakcja obojga partnerów.
Mówiąc prościej: ludzie, którzy siebie szanują, lepiej komunikują się w łóżku. A lepsza komunikacja = lepszy seks. To nie jest rocket science - to logika.
Dość teorii. Czas na to, co możesz zrobić już teraz. Nie mówię o cudownych receptach - mówię o konkretnych krokach, które działają, jeśli je rzeczywiście wykonasz.
Przez najbliższy tydzień, za każdym razem gdy pojawi się sytuacja seksualna lub zbliżenia emocjonalnego, zadaj sobie jedno pytanie: „Dlaczego chcę tego teraz?" Nie oceniaj odpowiedzi. Po prostu obserwuj. Czy chcesz bliskości, bo jej pragniesz? Czy chcesz być akceptowany? Czy boisz się odrzucenia jeśli odmówisz? Te odpowiedzi dadzą ci ogromną wiedzę o sobie.
Jeśli łapiesz się na myśleniu o tym, jak wyglądasz lub co partner o tobie myśli - wróć do oddechu i do zmysłów. Co czujesz fizycznie? Co słyszysz? To nie jest mistyka - to prosta technika uważności (z ang. mindfulness), która przerywa spiralę „spectating". Badania Masters i Johnson już w latach 70. pokazały, że skupienie się na doznaniach zmysłowych zamiast na ocenianiu własnego ciała dramatycznie poprawia jakość przeżyć seksualnych.
Zacznij od małych rzeczy. Powiedz partnerowi, co ci sprawia przyjemność. Powiedz, czego nie lubisz. Jeśli to brzmi przerażająco - to jest właśnie sygnał, że masz z tym pracę do wykonania. Komunikacja seksualna jest jak mięsień: im bardziej go ćwiczysz, tym staje się mocniejszy.
Twoja wartość nie zależy od tego, czy ktoś cię pożąda, jak wyglądasz nago, ile masz partnerów ani jak długo trwa twój związek. To wydaje się oczywiste - ale większość z nas głęboko w to nie wierzy. Warto to przepracować, najlepiej z psychologiem lub terapeutą, bo to praca, która zmienia dosłownie wszystko.
Jakość rozmów poza sypialnią bezpośrednio przekłada się na jakość tego, co dzieje się w sypialni. Pary, które potrafią szczerze rozmawiać o potrzebach, obawach i granicach w codziennym życiu, przenoszą tę samą jakość komunikacji do sfery seksualnej. To nie przypadek.
Przez lata pracy z ludźmi doszedłem do jednego prostego wniosku: seks jest papierkiem lakmusowym twojej relacji ze sobą samym. Możesz mieć najlepszego partnera na świecie, idealną chemię i mnóstwo czasu tylko dla siebie - a mimo to jeśli nie lubisz siebie, nie ufasz sobie i nie szanujesz swoich granic, to wszystko będzie płytkie.
Praca nad samooceną to nie jest praca nad seksem. To jest praca nad całym życiem - a seks jest jednym z obszarów, który natychmiast reaguje na tę zmianę.
Jeśli po przeczytaniu tego artykułu coś w tobie drgnęło - nie ignoruj tego. To jest właśnie ten moment, od którego możesz zacząć. Nie musisz od razu wchodzić na terapię (choć gorąco polecam). Możesz zacząć od jednego pytania do siebie: Czy to, jak wygląda moje życie seksualne, jest wyrazem tego, kim jestem - czy tego, czego się boję?
Odpowiedź wiele ci powie.
Od autora tego bloga
180-dniowy program Jana Gajosa: wiedza o granicach, decyzjach i nawykach przeniesiona do codziennych reakcji. Manfred AI Coach, inteligentne powtórki, 373 cytowane źródła. Zero pseudonauki i weekendowych transformacji.
Poznaj Mind Architect →