Odporność psychiczna - dlaczego jedni się łamią, a inni nie
Znam człowieka, który stracił firmę, żonę i zdrowie w ciągu dwóch lat. Dziś prowadzi jedno z najbardziej inspirujących przedsiębiorstw, jakie znam. Mówi, że tamten okres był najważniejszą lekcją jego życia. Znam też kogoś, kto rozpadł się psychicznie po tym, jak szef skrytykował jego prezentację.
Różnica między tymi dwoma ludźmi nie leży w genach, szczęściu ani w tym, ile mieli pieniędzy na starcie. Leży w czymś, co psycholodzy nazywają odpornością psychiczną.
I zanim pomyślisz, że to kolejne modne słowo z książek o samopomocy - zatrzymaj się. To jedna z nielicznych koncepcji psychologicznych, która ma realne, potwierdzone badaniami przełożenie na to, jak żyjesz, pracujesz i czy w ogóle dajesz radę, gdy życie postanowi cię poddać próbie. A prędzej czy później - postanowi.
Ludzie myślą, że odporność psychiczna to nieczułość. Że człowiek odporny to taki, który nie płacze, nie boi się, nie czuje bólu. Twardziel. Mur. Kamień.
To kompletna bzdura.
Odporność psychiczna to nie brak emocji. To zdolność do powrotu do równowagi po trudnym doświadczeniu. Jak sprężyna - może się odkształcić pod naciskiem. Ważne, żeby wróciła do kształtu. A najlepsi ludzie, których znam, wracają nie do tego samego kształtu, lecz do lepszego. Trudność ich czegoś nauczyła.
Martin Seligman, jeden z ojców psychologii pozytywnej, badał, co sprawia, że część ludzi po traumatycznych przeżyciach radzi sobie lepiej niż inni. Jego wnioski były jednoznaczne: odporność psychiczna to nie cecha wrodzona. To umiejętność, której można się nauczyć.
Wyróżniam cztery obszary, które decydują o tym, jak bardzo jesteś odporny na życiowe ciosy. Możesz je rozwijać. Możesz je zaniedbywać. Wybór należy do ciebie.
Większość ludzi traci energię na martwienie się o rzeczy, na które nie ma żadnego wpływu. Gospodarka, opinie innych, zdrowie rodziców, pogoda, zachowanie klientów. Można nad tym siedzieć godzinami - i nic z tego nie wyniknie poza zmęczeniem i frustracją.
Odporni psychicznie ludzie mają w głowie bardzo wyraźną granicę: to jest moje, to mogę zmienić versus to nie jest moje, reaguję i idę dalej. Epiktet, stoicki filozof, który żył jako niewolnik, powiedział to dwa tysiące lat temu precyzyjniej niż niejeden współczesny psycholog: „Liczy się to, co ty z tym robisz, a nie to, co się z tobą dzieje."
Zrób jedną rzecz: weź kartkę, narysuj dwa kółka. W pierwszym napisz wszystko, o czym się martwisz i na co masz wpływ. W drugim - wszystko, o czym się martwisz, a na co wpływu nie masz. Skupiaj energię wyłącznie na pierwszym kółku. To konkretna zmiana sposobu myślenia, która daje wyniki.
Mam klienta - nazwijmy go Marek - właściciel firmy budowlanej, który przez pandemię stracił kilka dużych kontraktów. Gdy przyszedł do mnie po raz pierwszy, mówił: „Straciłem wszystko, jestem do niczego, nigdy mi nie wyjdzie." Każde zdanie zaczynało się od „jestem" albo „zawsze" albo „nigdy".
To jest dokładnie ten wzorzec myślenia, który Seligman nazwał pesymistycznym stylem wyjaśniania. Problemy są permanentne, dotyczą całej osoby i są nieuchronne. Taki sposób myślenia niszczy odporność jak rdza niszczy żelazo.
Praca z Markiem polegała na zmianie narracji. Nie na oszukiwaniu się, że jest świetnie - bo nie było. Lecz na precyzyjnym nazywaniu rzeczy: „Straciłem te kontrakty, w tym czasie, z tych powodów. Co mogę teraz zrobić?" To różnica między ofiarą a człowiekiem, który ma sprawczość.
Badania prowadzone po huraganie Katrina w Nowym Orleanie pokazały coś fascynującego: najsilniejszym wyznacznikiem tego, czy ktoś psychicznie poradzi sobie po katastrofie, nie był wiek, płeć ani stan majątkowy. Były nim relacje społeczne. Ludzie z silnymi więziami po prostu lepiej dochodzili do siebie.
Od dekad wiemy, że izolacja społeczna jest jednym z najgroźniejszych czynników ryzyka dla zdrowia psychicznego. A jednak żyjemy w kulturze, która gloryfikuje samotnego wilka. „Nie potrzebuję nikogo." „Sam dam radę." Takie podejście jest nie tylko naiwne - jest niebezpieczne.
Potrzebujesz kilku osób, przy których możesz być szczery, słaby i zmęczony - i wiedzieć, że to bezpieczne. Nie stu znajomych. Kilku prawdziwych.
Viktor Frankl, psychiatra, który przeżył Auschwitz, napisał w „Człowieku w poszukiwaniu sensu" coś, co cytuję na każdym swoim szkoleniu: „Ten, kto ma po co żyć, zniesie niemal każde jak." Frankl obserwował w obozie koncentracyjnym, że ludzie, którzy mieli jakiś wewnętrzny cel - przeżycie dla dzieci, dokończenie pracy naukowej, powrót do ukochanej osoby - byli psychicznie trwalsi niż ci, którzy tego celu nie mieli.
Cel nie musi być wielki ani spektakularny. Może być bardzo prozaiczny. Ważne, żeby był twój - nie narzucony przez rodziców, trendy czy social media. Twój własny.
Zebrałem listę zachowań, które systematycznie podkopują odporność. Oto trzy najgroźniejsze:
Dobra, teoria za nami. Co z tym zrobić praktycznie?
Zacznij od małych wyzwań. Odporność buduje się stopniowo. Nie rzucaj się od razu na Everest. Zrób jedną trudną rozmowę, którą odkładasz od tygodnia. Wyjdź na bieg, kiedy nie masz ochoty. Odmów czemuś, na co masz ochotę powiedzieć tak, bo boisz się nie spodobać. Każde małe zwycięstwo nad własną tendencją do uciekania buduje twoje psychiczne zaplecze.
Prowadź dziennik trudności i lekcji. Po każdej trudnej sytuacji zapisz: co się stało, jak zareagowałem, czego się nauczyłem. To nie jest sentymentalizm - to budowanie bazy danych własnych zasobów. Gdy przychodzi kolejna trudność, masz dowody na to, że już przez coś trudnego przeszedłeś. To zmienia perspektywę.
Ćwicz wdzięczność - bez naiwności. Badania Roberta Emmonsa z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis pokazują, że regularne zapisywanie rzeczy, za które jesteś wdzięczny, realnie zmienia aktywność mózgu i poziom odporności na stres. Nie chodzi o udawanie, że wszystko jest piękne. Chodzi o trenowanie mózgu, żeby dostrzegał zasoby, nie tylko deficyty.
Naucz się nazywać emocje. Neuronauka jest tu jednoznaczna: samo nazwanie emocji (to się nazywa po angielsku affect labeling, po polsku - etykietowanie uczuć) zmniejsza aktywność ciała migdałowatego, czyli tej części mózgu, która odpowiada za reakcję stresową. Kiedy mówisz sobie „czuję się przytłoczony i boję się" - dosłownie zmniejszasz intensywność tego, co czujesz. To nie jest magia. To neurologia.
Nie piszę o tym wszystkim z pozycji kogoś, kto zawsze miał to poukładane. W 2011 roku przeżyłem okres, który z perspektywy czasu nazwałbym kontrolowanym rozpadem. Suma decyzji, których nie powinienem był podejmować, relacje, które pozwoliłem się degenerować, i praca, którą traktowałem jak ucieczkę przed wszystkim innym - to wszystko doprowadziło mnie do punktu, w którym rano wstawałem z łóżka i nie wiedziałem, po co.
Nie byłem wtedy żadnym odpornym twardzielem. Byłem zmęczonym, pogubiotnym człowiekiem, który musiał zacząć od zera. Od zadania sobie pytań, które wcześniej odkładałem jako „nieważne". Kim jestem? Czego naprawdę chcę? Co jest dla mnie ważne?
Wychodzenie z tego trwało. Nie było szybkie ani spektakularne. Była to żmudna, codzienna praca - z terapeutą, z dziennikiem, z trudnymi rozmowami, które wcześniej omijałem szerokim łukiem. Gdy mówię ci, że odporność psychiczna jest do zbudowania - mówię to z pełnym przekonaniem. Sam przez to przeszedłem.
Jeśli miałbym zostawić cię z jedną myślą, to byłoby to pytanie: jak traktujesz trudność - jako dowód na to, że jesteś słaby, czy jako informację o tym, czego potrzebujesz?
To nie jest pytanie retoryczne. To jest pytanie, które - jeśli zaczniesz zadawać je sobie regularnie - zmieni sposób, w jaki reagujesz na wszystko, co idzie nie tak. A coś zawsze idzie nie tak. Życie nie jest przewidywalnym projektem z harmonogramem i budżetem. Jest chaotyczne, nieprzewidywalne i pełne rzeczy, których nie zaplanowałeś.
Odporność psychiczna nie sprawi, że te rzeczy przestaną się zdarzać. Sprawi, że będziesz w stanie przez nie przejść - i wyjść po drugiej stronie z czymś, czego nie miałeś wcześniej.
Zrób jedną rzecz: następnym razem, gdy coś pójdzie nie tak - zanim zareagujesz - zatrzymaj się na trzy sekundy i zapytaj: „Co mogę z tym zrobić?"
To wystarczy na początek.