Ciemna strona medytacji - kiedy cisza szkodzi
Dobra, powiem wprost. Medytacja może ci zaszkodzić. Nie metaforycznie. Nie „chwilowo sprawić, że poczujesz się nieswojo". Realnie, poważnie zaszkodzić. Nikt o tym głośno nie mówi. Dlatego piszę ten tekst.
Widziałem dziesiątki przypadków, w których medytacja nie pomagała. Wprost przeciwnie. Kilka razy byłem pierwszą osobą, do której ktoś przyszedł po tym, jak „coś poszło nie tak" podczas praktyki. Za każdym razem zadawałem sobie to samo pytanie: dlaczego nikt ich wcześniej nie ostrzegł?
Branża wellness sprzedaje medytację jako panaceum. Stres? Medytuj. Bezsenność? Medytuj. Lęk? Zdecydowanie medytuj. Problem w tym, że to niepełna prawda. A niepełna prawda bywa bardziej niebezpieczna niż kłamstwo.
W tradycjach buddyjskich od wieków znane jest zjawisko, które mistycy nazywali „ciemną nocą duszy". Zachodni badacze, między innymi Willoughby Britton z Brown University, opisują je jako „trudne doświadczenia medytacyjne" - po angielsku meditation-induced adverse effects. I to nie są marginalne przypadki.
Badania Britton i jej zespołu pokazują, że ponad 25% regularnych praktykujących doświadcza przynajmniej jednego poważnego epizodu niepożądanego związanego z medytacją. Mowa o stanach takich jak: nasilony lęk, depersonalizacja (poczucie oderwania od własnego ciała), stany dysocjacyjne, napady paniki, a nawet psychoza. Tak. Psychoza.
Znam to. Byłem tam. Pamiętam klienta - nazwijmy go Marek - który przyszedł do mnie po trzymiesięcznym intensywnym kursie medytacji vipassany. Przez pierwsze dwa tygodnie po kursie czuł euforię. Potem zaczęło się „rozwarstwianie". Mówił, że nie wie, kto patrzy jego oczami. Czuje się jak obserwator własnego życia, nie uczestnik. Nie mógł pracować. Nie mógł nawiązać kontaktu z żoną. Depersonalizacja trwała u niego kilka miesięcy. Wróciło mu wszystko, droga była długa i wymagała profesjonalnego wsparcia psychiatrycznego.
Czy to znaczy, że vipassana jest zła? Nie. Znaczy to, że intensywna medytacja bez odpowiedniego przygotowania i nadzoru może otworzyć drzwi, do których niektórzy ludzie nie są gotowi.
Nie istnieje „bezpieczna" praktyka, która działa tak samo dla wszystkich. Podobnie jak nie każdy może biegać maraton bez przygotowania, nie każdy może siadać do godzinnej medytacji skupionej na oddechu bez wcześniejszego sprawdzenia, co siedzi mu w głowie.
Z mojej praktyki i literatury badawczej wynikają cztery grupy, które powinny podchodzić do medytacji ze szczególną ostrożnością:
Jest jeszcze jeden scenariusz, który obserwuję często, a który rzadko trafia do poważnych dyskusji. To używanie medytacji jako narzędzia unikania.
Jak coś, co ma nas „otwierać", może służyć zamknięciu? A jednak. Widziałem ludzi, którzy medytowali dwie godziny dziennie i jednocześnie nie potrafili porozmawiać ze swoim partnerem, rozwiązać konfliktu w pracy ani podjąć żadnej trudnej decyzji. Siedzenie na poduszce dawało im poczucie, że „pracują nad sobą". Tymczasem w rzeczywistości chowali się przed życiem.
W psychologii nazywa się to spiritual bypassing, czyli duchowym omijaniem - używaniem praktyk duchowych lub medytacyjnych do unikania nierozwiązanych problemów emocjonalnych. Termin ten wprowadził psycholog John Welwood w latach osiemdziesiątych i jest dziś szerzej stosowany niż kiedykolwiek.
Znam kobietę - powiedzmy, że to Agnieszka - która regularnie medytowała i chodziła na retreaty (odosobnienia medytacyjne). Jej relacja z mężem rozpadała się na kawałki. Na sesjach mówiła mi, że medytacja daje jej spokój i dystans do problemów małżeńskich. Problem polegał na tym, że „dystans" to było drugie słowo na „brak zaangażowania". Medytacja pomagała jej nie czuć bólu, zamiast pomóc ten ból przepracować. Ostatecznie rozwiodła się, co niekoniecznie było złe - lecz zrobiła to pięć lat za późno, bo medytacja skutecznie tłumiła sygnały alarmowe.
Przez lata badania nad medytacją koncentrowały się wyłącznie na jej korzyściach. Stres się obniża, kortyzol spada, szara kora mózgowa gęstnieje - świetnie, wszyscy szczęśliwi. Dopiero od około dekady badacze zaczęli systematycznie przyglądać się efektom niepożądanym.
Projekt Britton o nazwie Cheetah House zebrał setki relacji osób, które doświadczyły poważnych trudności w związku z praktyką medytacyjną. Lista zgłaszanych objawów jest długa:
Badanie opublikowane w 2017 roku w piśmie PLOS ONE przez Britton i współpracowników wykazało, że ponad 60% przebadanych długoterminowych praktykujących doświadczyło przynajmniej jednego niepożądanego efektu. U części trwały one miesiącami lub latami.
Ważna uwaga: te wyniki nie oznaczają, że medytacja jest zła. Oznaczają, że powinna być traktowana poważnie - tak jak każda inna interwencja mająca realny wpływ na funkcjonowanie mózgu i psychiki.
Skoro już wiesz, że medytacja ma ciemną stronę, powiem ci też, jak minimalizować ryzyko. Nie po to piszę ten tekst, żebyś zrezygnował z praktyki. Piszę go, żebyś praktykował świadomie.
Jeśli nigdy nie medytowałeś, nie zaczynaj od tygodniowego odosobinienia ani godzinnych sesji. Zacznij od pięciu minut dziennie. Techniki skupione na zewnętrznych zakotwiczeniach - dźwięk, otoczenie, ruch - są zazwyczaj bezpieczniejsze niż intensywna obserwacja wewnętrzna dla osób z historią traumy.
Jeśli wiesz, że masz nierozwiązane traumy, zmagasz się z poważnym lękiem lub depresją - najpierw zadbaj o wsparcie terapeutyczne. Medytacja może być doskonałym uzupełnieniem terapii, nie jej zamiennikiem. Dobry terapeuta pomoże ci ocenić, kiedy i jakie techniki są dla ciebie odpowiednie.
Jeśli po medytacji regularnie czujesz się gorzej niż przed nią - większy lęk, poczucie oderwania, silniejszy smutek - to jest sygnał, żeby się zatrzymać i porozmawiać ze specjalistą. Przejściowy dyskomfort jest normalny. Trwałe pogorszenie - nie.
Rynek kursów medytacyjnych jest dziś tak nasycony, że prowadzi je dosłownie każdy. Dobry nauczyciel medytacji powinien umieć rozmawiać o trudnych doświadczeniach, wiedzieć, kiedy skierować uczestnika do specjalisty, i nie twierdzić, że medytacja leczy wszystko. Jeśli ktoś mówi ci, że medytacja wystarczy zamiast terapii - uciekaj.
Kultura produktywności zaraziła też świat mindfulness. Ludzie chwalą się liczbą dni w serii, długością sesji, poziomem zaawansowania techniki. To błąd. Medytacja nie jest wyścigiem. Więcej i intensywniej nie zawsze znaczy lepiej. Czasem znaczy groźniej.
Pracuję z ludźmi po to, żeby mówić rzeczy niewygodne. Medytacja jest wartościowa. Naprawdę. Mam własną regularną praktykę i wiem, co mi dała. Jednocześnie widziałem, jak potrafi zachwiać fundamentem psychicznym kogoś, kto nie był na nią gotowy albo trafił na nieodpowiedniego przewodnika.
Przemysł wellness zarabia miliardy na obietnicach spokoju, równowagi i transformacji. Im więcej obietnic, tym mniej miejsca na rzetelne ostrzeżenia. Ten artykuł to moja odpowiedź na tę lukę.
Jeśli medytujesz i czujesz się świetnie - wspaniale, kontynuuj. Jeśli dopiero zaczynasz - zacznij małymi krokami i obserwuj siebie uczciwie. Jeśli coś w tobie mówi, że coś jest nie tak - posłuchaj tego głosu. To nie słabość. To mądrość.
Zrób dziś jedno konkretne działanie: zanim usiądziesz do kolejnej sesji medytacyjnej, zadaj sobie szczere pytanie - czy praktykuję, żeby siebie poznać, czy żeby przed sobą uciec? Odpowiedź wiele ci powie.