Twój profil to nie ty. O przepaści między wizerunkiem online a prawdziwym sobą
Przejrzyj swój profil na Instagramie albo LinkedIn. Teraz zapytaj się szczerze: czy ta osoba ze zdjęć i postów to naprawdę ty? Czy może to twoja starannie wypolerowana wersja demonstracyjna — ktoś, kim chciałbyś być, albo kim chcesz, żeby inni cię widzieli?
Przez osiemnaście lat pracy z ludźmi — menedżerami, przedsiębiorcami, terapeutami, artystami — widziałem ten schemat setki razy. Człowiek buduje w sieci wizerunek tak szczelny, tak przemyślany, że w końcu sam zaczyna się w nim gubić. I nie mówię tu o celebrytach czy influencerach. Mówię o zwykłych ludziach, którzy po prostu chcą dobrze wypaść.
To nie jest artykuł o tym, żebyś przestał dbać o swój wizerunek. To artykuł o tym, żebyś wiedział, co robisz i dlaczego — zanim wizerunek zacznie żyć własnym życiem, a ty zaczniesz gonić za własnym cieniem.
Psychologia ma na to konkretną odpowiedź. Erving Goffman — socjolog, który jeszcze w latach 50. opisał teatr życia codziennego — twierdził, że wszyscy gramy role. Mamy swoją „scenę" (miejsca, gdzie jesteśmy obserwowani) i „kulisy" (miejsca, gdzie jesteśmy sobą). Media społecznościowe są sceną totalną — zawsze publiczną, zawsze widoczną, z możliwością archiwizowania każdego kroku.
Problem polega na tym, że kiedyś scena i kulisy były od siebie oddzielone naturalnie. Wychodziłeś z pracy — wracałeś do siebie. Rozmawiałeś z bliskimi — nie musiałeś być spójny z tym, co napisałeś rano na forum. Dziś granica praktycznie nie istnieje. Twój telefon jest zawsze przy tobie, media społecznościowe działają non stop, a ciśnienie na bycie „na bieżąco" i „autentycznym" jednocześnie potrafi człowieka kompletnie rozłożyć.
Do tego dochodzi mechanizm, który psychologowie nazywają dysonansem poznawczym (rozbieżnością między tym, co robimy, a tym, w co wierzymy). Kiedy przez dłuższy czas prezentujesz światu wizerunek, który nie odpowiada temu, kim jesteś naprawdę, twój mózg zaczyna odczuwać napięcie. Możesz je zagłuszać — kolejnym postem, kolejną historią, kolejnym „sukcesem" do pokazania. Możesz je ignorować. Możesz też — i to jest ta trudniejsza droga — w końcu je usłyszeć.
Kilka lat temu pracowałem z mężczyzną — nazwijmy go Marek — który prowadził profil na LinkedIn z kilkunastoma tysiącami obserwujących. Pisał o przywództwie, odwadze w biznesie, podejmowaniu trudnych decyzji. Ludzie mu dziękowali, pisali, że zmienił ich myślenie. Problem w tym, że Marek sam bał się zwolnić jednego pracownika, który od lat torpedował jego firmę. Siedział w tym paraliżu od osiemnastu miesięcy. Na LinkedIn był liderem. W swoim gabinecie — człowiekiem, który nie mógł wybrać między wygodą a odpowiedzialnością.
Kiedy w końcu to przyznał na głos — do mnie, podczas sesji — powiedział coś, co zostało ze mną do dziś: „Boję się, że jak przestanę pisać o odwadze, ludzie zobaczą, że jej nie mam." Powiedziałem mu, że właśnie to, co powiedział, jest więcej warte niż wszystkie jego dotychczasowe posty razem wzięte. Bo to było prawdziwe.
Znałem też kobietę — Joannę — która na Instagramie prowadziła konto o zdrowym życiu, minimalizmie i uważności. Piękne zdjęcia, spokojne napisy, tysiące polubień. Prywatnie była w związku, który ją dusił, pracowała po czternaście godzin dziennie i od trzech lat nie wzięła urlopu. Minimalizm na zdjęciach, maksymalna eksploatacja we własnym życiu. Kiedy zaczęła o tym mówić otwarcie — najpierw tylko bliskim, potem w jednym, jedynym szczerym poście — okazało się, że właśnie ten post zdobył więcej reakcji niż cokolwiek, co wcześniej publikowała.
I jest trzecia historia — moja własna. Przez lata budowałem wizerunek eksperta, który ma odpowiedzi. Bo to jest przecież rola trenera i psychologa, prawda? Masz odpowiedzi, dajesz narzędzia, pomagasz ludziom się odnaleźć. Dopiero kiedy zacząłem publicznie mówić o własnych kryzysach, o momentach zwątpienia, o błędach w pracy z klientami — ludzie zaczęli mi bardziej ufać, nie mniej. To było dla mnie odkrycie, które wywróciło kilka moich założeń do góry nogami.
„Bądź autentyczny" — to zdanie słyszę tak często, że zaczęło mnie irytować. Nie chodzi o to, że jest złe. Dlatego, że jest puste, jeśli nie wiesz, co oznacza w praktyce.
Autentyczność nie polega na wrzucaniu do sieci każdej myśli, każdego nastroju, każdej trudności. To nie jest spowiedź publiczna ani reality show z twojego życia. Autentyczność to coś innego: to spójność między tym, co mówisz, a tym, jak żyjesz. To gotowość do pokazania cienia obok światła — nie po to, żeby wzbudzić współczucie, ale po to, żeby być prawdziwy.
Badania Brené Brown — amerykańskiej badaczki, która poświęciła lata na studiowanie wstydu i wrażliwości — pokazują wyraźnie: ludzie nie ufają tym, którzy wyglądają na niezniszczalnych. Ufają tym, którzy są gotowi przyznać, że coś jest trudne. Że się mylą. Że nie wiedzą.
Problem w tym, że jesteśmy zaprogramowani społecznie na pokazywanie siły. W pracy, w rodzinie, w sieci. Przyznanie się do słabości wymaga odwagi, której nikt nas nie uczył. Dlatego łatwiej jest wypolerować profil niż usiąść z samym sobą i zapytać: kim właściwie jestem, kiedy nikt nie patrzy?
Zanim dasz sobie praktyczne wskazówki, zrób ten prosty test. Odpowiedz uczciwie na poniższe pytania:
Jeśli odpowiedziałeś „tak" na więcej niż dwa pytania — masz materiał do pracy. Nie mówię, że jesteś w złym miejscu. Mówię, że warto przyjrzeć się temu bliżej.
Dobra, przechodzimy do sedna. Nie lubię artykułów, które diagnozują problem i zostawiają cię z nim samego. Dlatego poniżej masz kilka rzeczy, które możesz zrobić już teraz.
Przejrzyj ostatnie trzydzieści postów czy wpisów, które opublikowałeś. Zapisz na kartce: jakie wartości komunikujesz? Jaką osobę tam widzisz? A teraz zapytaj kogoś bliskiego — kogoś, kto zna cię naprawdę — czy ta osoba przypomina mu ciebie. Rozbieżność między tymi obrazami jest twoim punktem startowym.
Nie namawiam cię do publicznej spowiedzi. Namawiam cię do jednego postu, w którym powiesz coś, czego normalnie byś nie powiedział — bo nie jest idealnie, bo przyznaje się do trudności, bo pokazuje, że jesteś człowiekiem, a nie marką. Obserwuj, co się dzieje. Często właśnie ten post zbiera największy odzew — bo ludzie czują, że w końcu rozmawiają z kimś prawdziwym.
Wyznacz sobie czas i przestrzeń, w których w ogóle nie myślisz o tym, jak wyglądasz w oczach innych. Może to być ranek bez telefonu, weekend bez publikowania, rozmowa z przyjacielem bez nagrywania. To nie musi być dużo. Musi być regularne. Kulisy muszą istnieć — bez nich scena cię pochłonie.
Serio. Zatrzymaj się i odpowiedz na to pytanie. Jeśli odpowiedź brzmi „dla klientów" albo „żeby rozwijać firmę" — to jest uczciwa, strategiczna odpowiedź. Możesz z nią pracować. Jeśli odpowiedź brzmi „żeby ludzie mnie lubili" albo „żeby nie czuć się gorsza od innych" — masz przed sobą ważniejszy temat do przepracowania niż strategie content marketingu (tworzenia treści).
Zamiast pytać „jak wypaść lepiej?", zacznij pytać „czy to, co pokazuję, jest prawdziwe?". Spójność to nie znaczy, że musisz się ze wszystkim zgadzać, być zawsze konsekwentny, nigdy się nie zmieniać. Spójność to znaczy, że to, co mówisz na zewnątrz, ma pokrycie w tym, jak żyjesz. Że nie grasz roli, której sam nie wierzysz.
Napisałem kiedyś, że ludzie, którym najbardziej ufamy, to ci, którzy nie muszą nas imponować. I nadal w to wierzę. Najsilniejszy wizerunek online, jaki możesz zbudować, to taki, który nie potrzebuje zarządzania — bo jest po prostu prawdziwy.
To nie znaczy, że masz rezygnować z profesjonalizmu, z dbania o formę, z tego, żeby dobrze komunikować to, co robisz. Znaczy tylko, że fundament tego wszystkiego powinien stać na czymś trwałym — na tym, kim naprawdę jesteś, nie na tym, kim chcesz, żeby cię widziano.
W pracy z klientami mówię często tak: możesz zbudować wizerunek jak twierdza — solidny, efektowny, nie do ruszenia. Możesz też zbudować wizerunek jak dom — ciepły, prawdziwy, z miejscem na imperfekty. W twierdzy można się schować. W domu można mieszkać.
Wybór należy do ciebie. Zrób go świadomie.