Kompleksy seksualne: dlaczego to, co myślisz o swoim ciele, niszczy twoje życie intymne
Masz wrażenie, że jesteś jedyną osobą na świecie, która podczas seksu myśli o tym, jak wygląda jej brzuch? Że twój partner właśnie ocenia twoje ciało, zamiast po prostu być z tobą? Jeśli tak — witaj w klubie, który liczy kilkaset milionów członków na całym świecie. Tylko że nikt się do tego nie przyznaje.
Przez osiemnaście lat pracy jako psycholog i trener słyszałem setki historii o seksualnych kompleksach. Od kobiet, które gasną światło przed każdym zbliżeniem. Od mężczyzn, którzy unikają rozbierania się przy partnerce. Od par, które rozpadły się Powodem jest to, że jeden z nich nigdy nie był naprawdę obecny w łóżku — był zbyt zajęty krytykowaniem siebie w głowie.
O tym właśnie chcę z tobą porozmawiać. Bez owijania w bawełnę.
Słowo „kompleks" pochodzi z psychologii głębi — Carl Gustav Jung używał go na określenie skupiska emocji i przekonań, które działają poza naszą świadomą kontrolą. Kompleks seksualny to zestaw negatywnych przekonań na temat własnej seksualności, ciała lub sprawności, które zakłócają naturalne przeżywanie intymności.
To nie jest „lekkie skrępowanie". To mechanizm, który potrafi skutecznie zablokować twoje życie seksualne na lata — albo i na całe życie, jeśli go nie zaadresujesz.
Kompleksy seksualne mają kilka głównych źródeł:
Każde z tych źródeł ma jedno wspólne: uczy cię patrzeć na siebie oczami krytycznego obserwatora, zamiast po prostu czuć i być.
Pracowałem kiedyś z klientem — nazwijmy go Marcin — czterdziestolatek, menedżer wysokiego szczebla, pewny siebie w pracy, charyzmatyczny na spotkaniach. W gabinecie przyznał mi, że od pięciu lat unika sytuacji, w których musiałby rozebrać się przed kobietą. Miał nadwagę i był przekonany, że żadna kobieta nie może go chcieć takim, jaki jest.
Zapytałem go wprost: „Skąd wiesz, że kobiety myślą tak samo jak ty?" Zamilkł na długą chwilę. Okazało się, że nigdy nie zadał sobie tego pytania. Jego przekonanie było stuprocentowo subiektywne — zbudowane na bazie jednego złośliwego komentarza byłej partnerki sprzed lat i niezliczonych godzin spędzonych na porównywaniu siebie do mężczyzn z okładek.
Kłamstwo, które ci wmówiono, brzmi tak: twoja wartość seksualna zależy od tego, jak wyglądasz.
To bzdura. Udowodniona empirycznie bzdura.
Badania seksuologa Williama Mastersa i Virginii Johnson — pionierów w dziedzinie ludzkiej seksualności — pokazały już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, że satysfakcja seksualna zależy przede wszystkim od obecności emocjonalnej, komunikacji i bezpieczeństwa w relacji. Ciało jest tylko narzędziem. Głowa jest polem gry.
To nie dzieje się nagle. To proces, który przebiega tak subtelnie, że większość par nie zdaje sobie sprawy, co tak naprawdę niszczy ich życie intymne.
Etap pierwszy: unikanie. Zaczynasz unikać sytuacji, które mogłyby odsłonić twój „defekt". Gaszone światło, seks tylko w nocy, odwracanie się plecami podczas rozbierania.
Etap drugi: nieobecność mentalna. Nawet gdy dochodzi do zbliżenia, jesteś myślami gdzie indziej. Monitorujesz siebie: „Jak wyglądam? Czy on/ona ocenia mój brzuch? Czy jestem wystarczająco dobry/a?" To zjawisko psycholodzy nazywają „spectating" — obserwowaniem siebie z zewnątrz zamiast przeżywania z wewnątrz.
Etap trzeci: dystans emocjonalny. Partner czuje, że nie jesteś w pełni przy nim. Interpretuje to jako brak zainteresowania, oziębłość lub utratę atrakcji. Zaczyna się wycofywać.
Etap czwarty: samospełniająca się przepowiednia. Im mniej intymności, tym więcej lęku i kompleksów. Koło się zamyka.
Widziałem ten schemat dziesiątki razy. I widziałem też, jak pary wychodzą z niego — kiedy przynajmniej jedna osoba zdecyduje się coś z tym zrobić.
Brzmi banalnie, działa rewolucyjnie. Napisz na kartce: „Mam kompleks na punkcie [wpisz konkretnie]." Nie „czuję się niepewnie" — to zbyt ogólne. Konkretnie: „Wstydzę się blizn po ciąży", „Kompleksuję na punkcie rozmiaru penisa", „Uważam, że moje piersi są zbyt małe."
Nazwanie problemu wyjmuje go z nieświadomości i oddaje ci nad nim kontrolę. To podstawowa technika terapii poznawczo-behawioralnej — nurt psychologii, który ma najlepiej udokumentowaną skuteczność w leczeniu zaburzeń lękowych.
Skąd pochodzi twój kompleks? Kto ci powiedział — wprost lub pośrednio — że masz z sobą coś nie tak? Czy to była jedna osoba, której zdanie naprawdę powinno mieć znaczenie? Czy to był obraz z mediów, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością?
Zapisz to. Dosłownie. Psychologia kognitywna (poznawcza) pokazuje, że sam akt pisania aktywuje inaczej mózg niż myślenie — zmusza cię do konkretności i wyciąga przekonanie z abstrakcji.
Wiem, że to przerażające. Wiem, że wolisz zakopać to głęboko i udawać, że problemu nie ma. Wiem też, że milczenie jest najskuteczniejszym narzędziem do niszczenia bliskości.
Nie musisz od razu wchodzić w głęboki monolog terapeutyczny. Zacznij od czegoś prostego: „Mam wobec siebie pewien kompleks i chcę ci o tym powiedzieć." Sam ten akt otwartości często zmienia dynamikę w relacji o sto osiemdziesiąt stopni.
Kiedy podczas seksu łapiesz się na tym, że jesteś obserwatorem zamiast uczestnikiem, wróć do ciała. Dosłownie — skup uwagę na jednym fizycznym odczuciu: dotyku, zapachu, oddechu. To technika uważności (ang. mindfulness), którą seksuolog Lori Brotto opisuje jako jeden z najskuteczniejszych sposobów leczenia dysfunkcji seksualnych związanych z lękiem.
Nie chodzi o to, żeby myśleć „mam być uważny/a". Chodzi o to, żeby dosłownie czuć to, czego dotykasz.
Jeśli kompleksy seksualne towarzyszą ci od lat i naprawdę ograniczają twoje życie — terapia seksuologiczna lub psychoterapia nie jest opcją „dla słabych". Jest narzędziem dla tych, którzy traktują swoje życie poważnie.
Terapia skoncentrowana na schemacie (ang. schema therapy) i terapia EMDR (odwrażliwianie za pomocą ruchu gałek ocznych) mają udokumentowaną skuteczność w pracy z głęboko zakorzenionymi przekonaniami na temat siebie i własnego ciała.
Po osiemnastu latach pracy z ludźmi doszedłem do jednego wniosku, który powtarzam regularnie: seks jest lustrem relacji z samym sobą. Trudno być wolnym i obecnym z drugim człowiekiem, kiedy z sobą samym prowadzisz permanentną wojnę.
Miałem klienta — młodego mężczyznę, dwadzieścia sześć lat — który przez trzy lata był w związku z kobietą, którą naprawdę kochał. Rozstali się, bo ona czuła, że nigdy nie jest dla niego wystarczająco ważna. Że jest „gdzie indziej". Że jej nie pożąda.
Prawda była inna. On pożądał jej bardzo. Bał się tylko, że kiedy go naprawdę zobaczy — bez ubrania, bez maski pewności siebie — ucieknie. Więc nie pozwalał jej go zobaczyć. I ona uciekła. Nie chodzi o to, że go nie chciała. Dlatego, że nie dał jej szansy, żeby go zechciała.
Kompleks seksualny nie chroni cię przed odrzuceniem. Gwarantuje je.
Nie proszę cię, żebyś z dnia na dzień pokochał swoje ciało i stał się uosobieniem seksualnej pewności siebie. To nie jest motywacyjny plakat.
Proszę cię o jedno: zadaj sobie dziś jedno uczciwe pytanie. „Czy moje przekonanie o sobie jest faktem — czy jest historią, którą sobie powtarzam?"
Jeśli to historia — a w dziewięćdziesięciu procentach przypadków nią jest — możesz napisać nową. To wymaga czasu, odwagi i często zewnętrznej pomocy. Wymaga też decyzji, że twoje życie intymne jest wystarczająco ważne, żeby walczyć o jego jakość.
Bo jest. Naprawdę jest.