Kiedy terapeuta robi ci krzywdę – red flags, których nie wolno ignorować
Poszedłeś po pomoc. Zebrałeś się w sobie, przełamałeś opór, umówiłeś wizytę. To wymagało odwagi. I nagle okazuje się, że coś jest nie tak – wychodzisz z gabinetu z jeszcze większym ciężarem niż przyszedłeś, czujesz się oceniany, niezrozumiany albo zwyczajnie dziwnie. Pytasz siebie: „Czy to ja? Czy tak po prostu wygląda terapia?"
Nie. Nie zawsze tak wygląda.
Przez 18 lat pracy jako psycholog i trener widziałem wiele – zarówno świetnych terapeutów, którzy naprawdę zmieniają życie ludzi, jak i takich, którzy pod szyldem pomocy psychologicznej wyrządzają realną szkodę. I wiem jedno: większość osób, które trafiają do złego specjalisty, siedzi w tej relacji znacznie za długo, bo wmawia sobie, że „tak musi być" albo „może to część procesu".
Ten artykuł piszę po to, żebyś wiedział, kiedy wyjść. Albo przynajmniej – kiedy zacząć poważnie się zastanawiać.
Pierwsza rzecz, którą musisz zrozumieć: terapeuta to człowiek z zestawem narzędzi i (miejmy nadzieję) odpowiednim wykształceniem. Nie jest alfą i omegą prawdy o tobie. Nie ma monopolu na rozumienie twojej psychiki. Jego rola polega na towarzyszeniu ci w procesie – nie na diagnozowaniu cię jak samochodu w warsztacie i wydawaniu wyroków.
Problem w tym, że wielu ludzi wchodzi do gabinetu w trybie pełnej uległości. Oddają stery. Uznają, że „on wie lepiej". I właśnie w tym miejscu zaczyna się niebezpieczeństwo – bo nierzetelny terapeuta, który ma niezdrową potrzebę władzy albo po prostu nie przepracował własnych problemów, bardzo szybko to wyczuje i wykorzysta.
Relacja terapeutyczna powinna być oparta na partnerstwie, zaufaniu i bezpieczeństwie. Jeśli czujesz się w niej jak na przesłuchaniu, jak dziecko, które musi się tłumaczyć przed rodzicem, albo jak ktoś, kto ciągle musi zasługiwać na uwagę specjalisty – coś jest fundamentalnie nie tak.
Słyszysz: „To nie było mądre z twojej strony", „Nie powinieneś był tak reagować", „Normalni ludzie w tej sytuacji…". Stop. To nie jest terapia. To jest sąd. Dobry terapeuta nie ocenia twoich wyborów – próbuje zrozumieć, co za nimi stoi. Jest ogromna różnica między „zauważam, że ta decyzja przyniosła ci ból" a „to była głupota".
Pamiętam pacjenta – nazwijmy go Marcin – który przez rok chodził do terapeuty i wracał z każdej sesji z poczuciem wstydu. Terapeuta regularnie komentował jego decyzje życiowe w stylu: „No tak, ale to trochę naiwne podejście". Marcin myślał, że to część procesu, że „tak działa konfrontacja z prawdą". Kiedy do mnie trafił, pierwszą rzeczą, którą powiedział, było: „Chyba jestem za głupi na terapię". Nie był. Trafił po prostu na złego specjalistę.
To brzmi oczywisto, a jednak: żaden terapeuta nie powinien dotykać cię w sposób, który sprawia, że czujesz się nieswojo. Żaden terapeuta nie powinien flirtować, komentować twojego wyglądu w sposób, który wykracza poza kontekst terapeutyczny, ani tworzyć emocjonalnej atmosfery zależności i bliskości, która przekracza relację zawodową.
Granice w terapii są po to, żebyś był bezpieczny. Jeśli terapeuta mówi ci, że jesteś „wyjątkowym pacjentem", że „z tobą rozmawia inaczej niż z innymi", że „czujesz się jak przyjaciel" – to nie jest komplement. To jest sygnał, że ta osoba nie trzyma odpowiedniego dystansu zawodowego.
Dobra terapia idzie twoim tempem. Terapeuta może cię delikatnie pchać do przodu, stawiać trudne pytania, proponować nowe perspektywy – to jego rola. Natomiast jeśli czujesz, że jesteś zmuszany do mówienia o rzeczach, na które nie jesteś gotowy, że twoje „nie chcę teraz o tym rozmawiać" jest ignorowane albo interpretowane jako „opór wymagający przełamania" – masz problem.
Istnieje w psychologii pojęcie „oporu terapeutycznego" (ang. therapeutic resistance) i tak – bywa, że klient unika trudnych tematów. Ale jest ogromna różnica między czułym towarzyszeniem w tym unikaniu a brutalnym przebijaniem się przez granice, bo „terapeuta wie, co jest dla ciebie dobre".
Sesja terapeutyczna jest przestrzenią dla ciebie. Terapeuta może dzielić się swoim doświadczeniem – ale w sposób celowy i w służbie twojemu procesowi. Jeśli po 50-minutowej sesji wiesz więcej o życiu terapeuty niż on dowiedział się o twoich problemach, to znaczy, że płacisz za kogoś, kto używa cię jako słuchacza własnych zwierzeń.
To może wynikać z braku umiejętności zawodowych, ale też z niezałatwionych potrzeb emocjonalnych samego terapeuty. W obu przypadkach – nie twój problem do rozwiązywania.
Terapia ma mieć cel. Może być długa – niektóre procesy trwają lata i to jest w porządku. Natomiast powinna być ukierunkowana. Powinieneś wiedzieć, nad czym pracujesz i mieć jakieś poczucie postępu – nawet jeśli jest nielinearny.
Jeśli po roku terapii nie masz żadnego poczucia, że cokolwiek się zmieniło, a terapeuta na każde twoje pytanie „dokąd zmierzamy?" odpowiada mgliście albo zrzuca winę na ciebie – to jest czerwona flaga. Dobry specjalista potrafi nazwać cele, wracać do nich i rozmawiać z tobą otwarcie o postępach albo ich braku.
Widziałem sytuacje, w których ludzie chodzili na terapię przez trzy lata bez żadnego planu, płacąc regularnie, bo bali się powiedzieć: „Hej, chyba nic tu nie działa". Terapeuta nie wychodzi z inicjatywą zakończenia procesu, bo ma w tym finansowy interes – to rozumiem. Ale powinien być na tyle uczciwy, żeby rozmawiać o tym wprost.
To jest najtrudniejsze pytanie. Bo terapia MOŻE być niewygodna. Dotykanie bolesnych wspomnień, konfrontowanie się z własnymi mechanizmami obronnymi, słyszenie trudnych pytań – to wszystko bywa niekomfortowe i to jest normalne.
Różnica polega na tym, jaki rodzaj dyskomfortu czujesz.
Dyskomfort produktywny wygląda tak: „To trudne, ale rozumiem, dlaczego to robimy. Czuję, że to ma sens. Może nie jest przyjemnie, ale jest bezpiecznie."
Dyskomfort alarmujący wygląda tak: „Czuję się upokorzony. Czuję się mały. Czuję, że coś jest ze mną fundamentalnie nie tak. Wychodzę z sesji gorzej niż wchodzę i nie rozumiem dlaczego."
Zaufaj swojemu ciału i intuicji. Serio. Jeśli po kilku sesjach coraz bardziej boisz się przychodzić na terapię, jeśli odliczasz minuty do końca spotkania z poczuciem ulgi – to warto się zatrzymać i zapytać: co się tutaj dzieje?
Po pierwsze – powiedz o tym terapeucie wprost. Dobry specjalista przyjmie twoją informację zwrotną z otwartością. Powie: „Dziękuję, że mi to mówisz. Porozmawiajmy o tym." Albo wyjaśni swoje intencje w sposób, który coś rozjaśni.
Jeśli w odpowiedzi usłyszysz defensywność, bagatelizowanie twoich odczuć albo – co gorsze – interpretowanie twojego sprzeciwu jako kolejnego objawu twojego „problemu" – masz odpowiedź, jakiej potrzebowałeś.
Po drugie – zasięgnij drugiej opinii. Możesz umówić się na konsultację z innym specjalistą i opisać mu sytuację. Nie musisz od razu rezygnować z dotychczasowej terapii. Ale warto spojrzeć na to z innej perspektywy.
Po trzecie – jeśli doszło do poważnych naruszeń etycznych (molestowanie seksualne, wymuszanie, rażące naruszenie tajemnicy zawodowej), możesz i powinieneś złożyć skargę do Polskiego Towarzystwa Psychologicznego lub odpowiedniej izby samorządu zawodowego. To nie jest donoszenie. To jest ochrona kolejnych osób, które trafią do tego specjalisty.
Przez lata pracy spotkałem wielu ludzi, którzy mieli za sobą traumatyczne doświadczenia z terapeutami. I wiesz, co łączyło ich wszystkich? Przekonanie, że to ich wina. Że „zepsuli terapię". Że „są zbyt trudnymi klientami".
Nie. Nie byliście za trudni. Trafiliście na kogoś, kto nie był wystarczająco dobry albo – co gorsza – kto aktywnie naruszał wasze granice i godność.
Zły terapeuta to realny problem i realna krzywda. I masz prawo o tym mówić głośno.
Szukanie pomocy psychologicznej wymaga odwagi. Jeśli ta odwaga została nadużyta, masz pełne prawo do złości, do żalu i do decyzji: nie wracam tam więcej. A potem – do szukania kogoś lepszego. Bo tacy istnieją. Naprawdę.
Dobra terapia zmienia życie. Sam widziałem to setki razy. Dlatego właśnie tak bardzo zależy mi na tym, żebyś wiedział, kiedy to, co dostajesz, nie jest terapią – tylko jej pozorem.
Sprawdź, jak się czujesz po wyjściu z gabinetu. To nie jest nieważne. To jest jeden z najważniejszych wskaźników, jakie masz.