Jak pomóc komuś w sekcie (i dlaczego wszystko, co planujesz, prawdopodobnie zaszkodzi)
Twoja siostra przelewa co miesiąc połowę wypłaty na konto jakiegoś guru. Twój ojciec przestał się odzywać do rodziny, bo "nie rozumieją jego ścieżki duchowej". Twój najlepszy kolega z liceum siedzi na warsztatach rozwoju osobistego, które kosztują więcej niż dobry samochód, i twierdzi, że w końcu odkrył sens życia.
I ty chcesz pomóc. Oczywiście, że chcesz. To naturalne. Kochasz tę osobę, widzisz, jak się zmienia, jak oddala się od rzeczywistości, jak traci pieniądze albo zdrowie psychiczne. Masz ochotę wziąć ją za ramiona, potrząsnąć i krzyknąć: "Obudź się! Nie widzisz, że cię wykorzystują?"
Tylko że właśnie to podejście - to wszystko, czego instynktownie chcesz - najprawdopodobniej spowoduje dokładnie odwrotny efekt.
Pracuję z ludźmi od 18 lat. Widziałem setki rodziców, partnerów, przyjaciół, którzy próbowali "wyciągnąć" kogoś z grupy kultowej, z toksycznej relacji z oszustem-guru, z destrukcyjnego środowiska. I wiesz co? Większość z nich robiła wszystko źle. Nie z głupoty - z desperacji i miłości. To okrutne, że te dwa uczucia potrafią nam tak skutecznie zakręcić kompas moralny.
Pierwsza rzecz, którą musisz zrozumieć: ludzie w sektach nie są idiotami.
Nie dali się zwieść, bo są naiwni, słabi czy głupi. Dali się zwieść, bo są ludźmi. Każdy z nas - włącznie ze mną i z tobą - ma w sobie mechanizmy psychologiczne, które można wykorzystać. Każdy.
Przez lata obserwowałem, jak inteligentni, wykształceni ludzie wpadają w pułapki sekt i grup kultowych. Prawnicy, lekarze, nauczyciele akademiccy. Osoby, które w swoich dziedzinach podejmują złożone decyzje, które analizują dane, myślą krytycznie. A potem przychodzą na weekend transformacyjny i po dwóch dniach intensywnych ćwiczeń psychologicznych są gotowi sprzedać mieszkanie, żeby sfinansować kolejny poziom "wtajemniczenia".
Dlaczego? Bo sekty nie atakują naszego intelektu. Atakują nasze emocje, naszą potrzebę przynależności, nasz lęk przed śmiercią lub bezsensem, naszą potrzebę bycia kimś ważnym.
Kiedy patrzysz na osobę w sekcie i myślisz "jak ona mogła być taka głupia?", już przegrałeś. Bo ona czuje tę pogardę. Wszyscy ją czujemy, nawet gdy jest nieświadoma. I co wtedy robi człowiek, który czuje się atakowany przez "niewykształconych" ludzi z zewnątrz? Ucieka do grupy, która go rozumie, wspiera i mówi: "widzisz, oni nie są gotowi na tę wiedzę".
Pamiętam sytuację sprzed kilku lat. Ojciec zaprowadził do mnie córkę - 28 lat, magister psychologii. Trzy miesiące wcześniej zaczęła uczęszczać na spotkania pewnej grupy rozwoju osobistego. Wydała już 40 tysięcy złotych na kursy. Ojciec był wściekły. "Przecież ona studiowała psychologię! Powinna to przejrzeć!"
Rozmawiałem z tą kobietą przez dwie godziny. Była bystra, świadoma, potrafiła mówić o mechanizmach manipulacji. Teoretycznie wszystko rozumiała. W praktyce? W grupie dostała to, czego nigdzie indziej nie znalazła - poczucie, że jest wyjątkowa, że ma misję, że jej życie ma sens głębszy niż praca, mieszkanie, rodzina. To nie była kwestia wiedzy. To była kwestia pustki, którą ta grupa wypełniła.
Druga rzecz, która działa dokładnie odwrotnie niż zakładamy: atakowanie samej grupy, lidera, ideologii.
"To oszust!"
"To kłamstwa!"
"Przecież to oczywista manipulacja!"
I znowu - wszystkie te zdania mogą być prawdziwe. Mogą być w 100% zgodne z faktami. I mimo to, jeśli je wypowiesz, prawdopodobnie przepchniesz tę osobę jeszcze głębiej w objęcia sekty.
Dlaczego? Bo każda sekta ma w swoim arsenale mechanizm, który przewiduje takie ataki. Wręcz na nie liczy. Lider już wcześniej powiedział członkom: "Kiedy będziecie mówić o swojej transformacji bliskim, oni nie zrozumieją. Będą was atakowali. To normalne - oni jeszcze śpią. Jeszcze nie są gotowi."
Twój atak potwierdza przepowiednię lidera. Dosłownie robisz dokładnie to, co lider przewidział i wykorzystuje. Każdy twój zarzut staje się dowodem na to, że grupa miała rację.
To jak walka z odbiciem w lustrze. Im mocniej uderzasz, tym mocniej czujesz odrzut.
Co więc robić? Zamiast atakować grupę, pytaj o doświadczenia tej osoby. Nie o doktrynę, nie o lidera, nie o nauczanie. O nią samą.
"Jak się czujesz, odkąd tam chodzisz?"
"Co się zmieniło w twoim życiu?"
"Czujesz się szczęśliwsza? Spokojniejsza?"
"Jak wygląda twój normalny dzień teraz?"
Te pytania są podstępnie skuteczne, bo bardzo trudno na nie kłamać. Członkowie sekt często żyją w ciągłym stresie, w poczuciu winy, w lęku przed potępieniem. Ale jednocześnie muszą udawać, że są szczęśliwsi niż kiedykolwiek.
Pytając o uczucia i doświadczenia, otwierasz małą szczelinę. Nie atakujesz. Po prostu jesteś ciekawy.
Trzecia kluczowa zasada: przestań próbować kogoś ratować.
Wiem, brzmi to okrutnie. Ta osoba jest w niebezpieczeństwie. Traci pieniądze, zdrowie, relacje. Jak możesz nie próbować jej ratować?
Zastanów się jednak, co dzieje się, kiedy próbujesz siłą wyciągnąć kogoś z wody. Ta osoba wpada w panikę, szarpie się, odpycha cię, wciąga was oboje pod wodę. Doświadczeni ratownicy uczą się podpływać od tyłu, czekać, aż osoba się zmęczy, albo wręcz odpuścić i dać jej najpierw opaść na dno, bo dopiero wtedy można ją skutecznie wyciągnąć.
Brutalna metafora, prawda? Życie czasem jest brutalne.
Twoja rola nie polega na wyciąganiu tej osoby siłą. Twoja rola polega na byciu tam, gdy będzie gotowa wyjść.
Bo wiesz co? Większość ludzi w końcu opuszcza sekty. Nie wszyscy, nie zawsze, nie szybko - zakłamywałbym, gdybym tak powiedział. Są osoby, które zostają na lata, na dekady. Są osoby, które giną w tych grupach, dosłownie lub metaforycznie.
Niemniej większość w pewnym momencie zaczyna widzieć pęknięcia w fasadzie. Coś się nie zgadza. Przepowiednia nie spełnia się. Obietnice okazują się puste. Lider pokazuje swoją prawdziwą twarz. Pieniądze się kończą. Energia się kończy.
I w tym momencie ta osoba potrzebuje miejsca, do którego może wrócić bez wstydu.
Jeśli przez cały czas atakowałeś, krytykowałeś, mówiłeś "a nie mówiłem?", to teraz ta osoba nie przyjdzie do ciebie. Wstyd będzie zbyt duży. Wolałaby zostać w sekcie niż przyznać ci rację.
Jeśli przez cały czas byłeś obecny, cierpliwy, otwarty - wtedy masz szansę. Nie pewność, bo życie nie daje pewności. Szansę.
Co to znaczy w praktyce?
To wymaga nieludzkiej cierpliwości. Wiem. Obserwowanie, jak ktoś, kogo kochasz, niszczy swoje życie, i nie robienie nic - to jeden z najtrudniejszych rodzajów cierpienia.
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Powiedziałem tylko, co działa.
Jest jednak coś, co możesz robić aktywnie - tylko to wymaga finezji.
Możesz zadawać pytania, które pobudzają krytyczne myślenie, nie dając gotowych odpowiedzi.
To subtelna, cholernie subtelna różnica.
Gotowa odpowiedź: "Ten twój guru to oszust, który robi z ciebie dojną krowę."
Pytanie pobudzające myślenie: "Jak myślisz, skąd u lidera twojej grupy mieszkanie w centrum i trzy samochody?"
Gotowa odpowiedź: "Ta sekta cię izoluje od bliskich."
Pytanie pobudzające myślenie: "Zauważyłem, że ostatnio rzadziej się widujemy. Jak ty to widzisz?"
Różnica? W pierwszym przypadku dostarczasz wniosku - który będzie odrzucony, bo pochodzi z zewnątrz, z "nieświadomego" źródła. W drugim przypadku pozwalasz tej osobie samej dojść do wniosku - a takie wnioski mają nieporównywalnie większą moc.
Możesz też używać historii. Nie atakuj bezpośrednio, opowiedz o kimś innym.
"Czytałem ostatnio o grupie w Stanach, gdzie lider obiecywał ludziom uzdrowienie. Brał od nich pieniądze za kursy, coraz droższe. I wiesz co było najdziwniejsze? Kiedy ktoś nie wyzdrowił, mówił, że to wina tej osoby - za mało wierzyła. Co ty o tym myślisz?"
Ta osoba nie czuje się atakowana. Rozmawiasz o kimś innym, gdzieś daleko. Jednocześnie aktywujesz mechanizmy porównywania. "Czy w mojej grupie też nie jest czasem tak?"
Nie zawsze zadziała. Czasem ta osoba nawet nie dostrzeże podobieństw. Czasem stwierdzi, że "to co innego". Czasem zacznie bronić nawet tamtej grupy, której nie zna.
Nie poddawaj się. Siej. Może za miesiąc, może za rok, to ziarno się odezwie.
Bądźmy szczerzy: czasem sama cierpliwość i mądre pytania nie wystarczą.
Jest różnica między grupą wymagającą i kontrolującą a grupą bezpośrednio niebezpieczną. Jeśli twój bliski jest w bezpośrednim zagrożeniu - jeśli grupa prowadzi do samookaleczeń, prób samobójczych, planuje masową śmierć, stosuje przemoc fizyczną - wtedy nie masz luksusu czekania.
Wtedy potrzebujesz pomocy profesjonalistów. W Polsce są organizacje zajmujące się pomocą ofiarom sekt. Są psycholodzy i psychiatrzy specjalizujący się w tym obszarze. Są prawnicy, którzy mogą pomóc w odzyskaniu nielegalnie wyłudzonych pieniędzy.
Jeśli ta osoba jest niepełnoletnia, możesz działać bezpośrednio. Jeśli jest pełnoletnia, twoje możliwości prawne są ograniczone - nie możesz jej zmusić do opuszczenia grupy ani do terapii. Możesz za to zadbać o siebie, pójść na własną terapię, nauczyć się wyznaczać granice.
Bo wiesz co? Pomaganie komuś w sekcie to maraton, nie sprint. Jeśli po miesiącu będziesz emocjonalnie wypalony, zdenerwowany, pełen urazy - nie pomożesz nikomu. Musisz zadbać o swoje zasoby psychiczne, fizyczne, finansowe.
To nie egoizm. To strategia przetrwania.
I teraz coś, co będzie boleć.
Czasem, mimo wszystkich starań, mimo cierpliwości i mądrości i wsparcia - ta osoba nie wyjdzie. Albo wyjdzie za późno. Albo wyjdzie tak zniszczona, że nie będzie już tą samą osobą.
To nie twoja wina.
Powiem to jeszcze raz, bo to jedno z najtrudniejszych zdań do przyjęcia: to nie twoja wina.
Każdy człowiek ma wolną wolę. Brzmi to jak frazes, prawda? W praktyce oznacza coś okrutnego: ludzie mają prawo niszczyć swoje życie. Mają prawo wybierać źle. Mają prawo odrzucać pomoc.
Twoim zadaniem nie jest ich uratować wbrew ich woli. Twoim zadaniem jest dać im szansę, być dostępnym, kochać ich na tyle, na ile jesteś w stanie - i jednocześnie chronić siebie przed zniszczeniem.
Widziałem rodziców, którzy poświęcili dekady na "ratowanie" dorosłych dzieci z sekt. Wydali fortuny, zniszczyli własne zdrowie, rozwiedli się, zrujnowali relacje z innymi dziećmi. A ta jedna osoba i tak nie wyszła.
Czasem najbardziej kochającą rzeczą, jaką możesz zrobić, jest powiedzenie: "Kocham cię, jestem tu dla ciebie, jeśli zechcesz pomocy. Jednocześnie nie mogę patrzeć, jak się niszczysz, i nie będę finansował twojego niszczenia. Drzwi są otwarte, ale musisz przez nie przejść sama."
To nieludzko trudne. Wiem.
Jeśli chcesz pomóc komuś w sekcie, zapomnij o wielkich gestach, dramatycznych interwencjach i emocjonalnych przemowach.
Pomoc polega na:
I przede wszystkim - polega na zrozumieniu, że nie kontrolujesz tej sytuacji. Możesz wpływać, możesz wspierać, możesz dawać szanse. Nie możesz kontrolować.
Osoba w sekcie weszła tam z jakichś powodów. Może poczucie sensu. Może przynależność. Może ucieczka od bólu. Może potrzeba bycia kimś ważnym. Dopóki te potrzeby nie zostaną zaspokojone w inny sposób, żadna argumentacja, żadne "otwarcie oczu" nie zadziała.
Twoim zadaniem nie jest zastąpić sektę. Twoim zadaniem jest pokazać, że życie poza nią jest możliwe. Że nie jest nudne, puste, pozbawione sensu - jak mówi lider. Że można znaleźć cel, wspólnotę, rozwój poza systemem kontroli.
Jeśli dasz temu człowiekowi bezpieczną przestrzeń, pytania bez osądu i czas - dajesz mu o wiele więcej niż myślisz. Nie gwarantuje to sukcesu. Nic nie gwarantuje sukcesu.
Daje szansę. To wszystko, co możesz zrobić.
I czasem musi wystarczyć.