Dlaczego wciąż ukrywamy, że chodzimy do psychologa?
Kilka lat temu siedziałem w kawiarni z byłym klientem. Opowiadał, jak terapia zmieniła jego życie - wyszedł z depresji, naprawił relacje w rodzinie, wrócił do formy. Gadaliśmy prawie godzinę. Nagle przy stoliku obok usiadła jego szefowa. Zobaczyłem, jak zmienia mu się wyraz twarzy. Po chwili przedstawił mnie jako „kolegi od golfa". Golf. Nigdy w życiu nie trzymałem w ręku kija golfowego.
Możesz się leczyć, możesz dochodzić do siebie, możesz zmieniać życie - tylko nikomu o tym nie mów. Bo co ludzie pomyślą.
Widziałem setki ludzi, którzy ukrywali wizytę u mnie jak romans. Parkowanie dwa przecznice dalej. Płacenie gotówką, żeby nie było śladu w wyciągu. Prośby o faktury na „konsultacje biznesowe". Znam tę grę na pamięć.
I mam tego dość.
Spadek po PRL-u. W czasach komuny do psychiatryka trafiały osoby „niewygodne". Dysydenci, buntownicy, ludzie myślący inaczej. Diagnoza psychiatryczna była narzędziem politycznym. Moi rodzice wciąż mówią: „Po co ci psycholog? Chcesz, żeby cię zamknęli?"
Katolicyzm w wersji light. Popularne przekonanie: jeśli masz problemy psychiczne, to masz słabą wolę, za mało się modlisz, nie dość wierzysz. Ta logika prowadzi prosto do poczucia winy. Zamiast szukać pomocy, ludzie zaczynają wierzyć, że to ich osobista porażka.
Kult twardości. „Mężczyzna nie płacze", „kobieta musi być silna dla rodziny", „nasze pokolenie nie narzekało". Uczą nas, że pokazanie słabości to wstyd. Że radzenie sobie z problemami samemu to cnota.
Rozmawiałem kiedyś z 60-letnim przedsiębiorcą, który przez 5 lat ukrywał przed rodziną napady lękowe. Zamykał się w łazience. Mówił, że „problemy żołądkowe". Przychodził do mnie w tajemnicy. Kiedy wreszcie powiedział rodzinie prawdę, okazało się, że jego córka też miała ataki paniki. Oboje cierpieli w samotności, bo każde uważało, że jest jedyną „słabą" osobą w rodzinie.
Media i popkultura. Lata filmów i seriali pokazywały osoby z chorobami psychicznymi jako niebezpieczne, nieprzewidywalne, groźne. Psychopaci, mordercy, „szaleńcy". Netflix trochę to zmienia. Problem w tym, że w Polsce wciąż dominuje stary model myślenia.
Ludzie nie szukają pomocy, dopóki nie jest już naprawdę źle. Przychodzą do mnie, kiedy już myśleli o samobójstwie. Kiedy małżeństwo się rozpada. Kiedy szef daje ostatnią szansę. Czekają do ostatniej chwili, bo boją się tej łatki: „pacjent psychiatryczny", „ten od psychologa", „psychol".
Mam klientkę, która przez trzy lata zmagała się z depresją poporodową. Nie powiedziała o tym nawet mężowi. Myślała, że jest złą matką. Dopiero gdy zaczęła mieć myśli o skrzywdzeniu dziecka, przyszła po pomoc. Trzy lata cierpienia, które można było skrócić do kilku miesięcy.
W pracy sytuacja jest jeszcze gorsza. Menedżerowie ukrywają wypalenie zawodowe, bo myślą, że to dyskwalifikuje ich jako liderów. Specjaliści nie mówią o problemach z koncentracją spowodowanych lękiem, bo boją się, że stracą projekty.
Znałem dyrektora finansowego dużej firmy, który przez rok ukrywał nawrót depresji. Brał leki. Chodził na terapię. Wszystko po godzinach. Kiedy wreszcie pękł i powiedział szefowi, ten odparł: „No tak, podejrzewałem. Widziałem, że coś jest nie tak. Czemu wcześniej nie powiedziałeś? Moglibyśmy ci pomóc". Ten człowiek przez rok żył w strachu przed reakcją, która okazała się wspierająca.
Zmiana języka. Przestańmy mówić „psychol", „świr", „pomylony". To nie są niewinne żarty. To wyrażenia, które budują mur między osobami z problemami psychicznymi a resztą społeczeństwa. Zacznijmy mówić normalnie: „choruję na depresję" tak samo jak „choruję na cukrzycę". Bez eufemizmów, bez dramatu. To choroba. Punkt.
Edukacja w szkołach. Powinniśmy uczyć dzieci o zdrowiu psychicznym na równi z biologią czy wychowaniem fizycznym. Młodzi ludzie powinni wiedzieć, że:
Normalizacja w mediach. Potrzebujemy więcej osób publicznych, które mówią otwarcie o swoich problemach. Sportowców, aktorów, polityków. Kiedy ktoś znany mówi „miałem depresję i się leczyłem", to ratuje życie setkom osób, które nagle myślą: „jeśli on może, to ja też".
Wsparcie w miejscu pracy. Firmy muszą przestać traktować zdrowie psychiczne jako prywatny problem pracownika. Benefity typu „pakiet medyczny z psychologiem" to dobry start. Lepsze jest stworzenie kultury, w której można powiedzieć: „dzisiaj kiepsko się czuję psychicznie" tak samo jak „dzisiaj mam migrenę".
Jedna z firm, z którą współpracuję, wprowadziła zasadę: każdy pracownik ma prawo do jednego „dnia zdrowia psychicznego" miesięcznie. Bez pytań, bez tłumaczeń. Po roku okazało się, że ludzie rzadziej brali zwolnienia lekarskie, a efektywność wzrosła.
Dobra, powiem wprost. Oto rzeczy, które możesz zrobić dziś.
Jeśli sam masz problemy:
Powiedz chociaż jednej osobie. Nie musisz ogłaszać tego na Facebooku. Wystarczy, że powiesz najbliższemu przyjacielowi: „Mam problem, będę szukał pomocy". Ten jeden krok jest najtrudniejszy i najważniejszy.
Znajdź specjalistę. Psychologa, psychiatrę, psychoterapeutę. Tak, to kosztuje. Tak, trzeba szukać dopasowania. Nie, nie każdy pierwszy będzie dobry. Potraktuj to jak szukanie dobrego mechanika - czasem trzeba sprawdzić kilku.
Pamiętaj: szukanie pomocy to nie słabość. To odwaga. Więcej odwagi wymaga przyznanie się do problemu niż udawanie, że wszystko okej.
Jeśli ktoś ci się zwierza:
Słuchaj. Nie oceniaj. Nie porównuj. Nie mów: „inni mają gorzej", „weź się w garść", „pomyśl pozytywnie". Po prostu bądź.
Zapytaj: „Co mogę zrobić?". Czasem wystarczy obecność. Czasem pomoc w znalezieniu specjalisty. Czasem pójście na pierwszą wizytę razem.
Nie rozpowiadaj dalej. To nie twoja historia do opowiadania. Jeśli ktoś ci zaufał, chroń tej informacji.
W codziennych rozmowach:
Przestań używać chorób psychicznych jako obelg. „Psychol", „schizo", „autysta" - to nie są wyzwiska. To diagnozy.
Mów otwarcie o swoich wizytach u psychologa. Normalizuj to. „Tak, chodzę do psychologa" powinno brzmieć tak samo jak „tak, chodzę do dentysty".
Reaguj, gdy słyszysz stygmatyzujące komentarze. Nie musisz wchodzić w wojnę. Wystarczy: „Hej, to nie jest okej tak mówić".
Znam to. Byłem tam.
Sam korzystałem z pomocy psychoterapeuty. Dwukrotnie w życiu. Raz po trudnym rozstaniu, które kompletnie mnie rozłożyło. Drugi raz, gdy wypalenie zawodowe dotknęło mnie tak mocno, że miałem myśli o zostawieniu całej branży.
Psycholog pomagający psychologowi? Prawda jest taka, że nikt nie jest odporny. Myślałem, że znam wszystkie narzędzia, wszystkie techniki. Że poradzę sobie sam. To był arogancki bullshit.
Najlepsza decyzja, jaką podjąłem, to zadzwonienie do kolegi z branży i powiedzenie: „Słuchaj, potrzebuję pomocy". Trzy miesiące terapii zmieniły wszystko. Nauczyłem się rzeczy, których nigdy bym sam nie odkrył.
Mówię o tym otwarcie. Klientom, znajomym, czasem nawet w trakcie szkoleń biznesowych. Na początku bałem się, że to podważy mój autorytet. Stało się odwrotnie. Ludzie zaczęli mi bardziej ufać. W końcu mieli do czynienia z człowiekiem, nie z ekspertem na piedestale.
Zmiany w społecznym postrzeganiu zdrowia psychicznego nie wydarzą się z dnia na dzień. To będzie proces. Może trwać lata.
Każdy z nas może przyczynić się do tej zmiany. Każda rozmowa, w której nazwiesz rzecz po imieniu. Każda sytuacja, w której nie schowasz się ze swoją diagnozą. Każdy moment, w którym staniesz w obronie kogoś stygmatyzowanego.
Widziałem ludzi, którzy zmienili swoje życie o 180 stopni po rozpoczęciu terapii. Menadżerów, którzy zostali lepszymi liderami. Rodziców, którzy naprawili relacje z dziećmi. Partnerów, którzy uratowali małżeństwa.
Wszystko zaczęło się od jednego zdania: „Potrzebuję pomocy".
Stygmatyzacja chorób psychicznych kradnie nam lata życia w zdrowiu, radości, pełni. Zabiera nam ludzi, którzy mogliby być wciąż z nami, gdyby tylko nie bali się szukać pomocy. Niszczy kariery, relacje, marzenia.
Masz prawo nie wiedzieć. Nie masz prawa udawać.
Zrób jedną rzecz: Zacznij od siebie. Od jednej rozmowy. Od jednej zmiany w języku. Od jednego pytania: „Jak się naprawdę czujesz?".
To wystarczy na początek.