Czy jestem gotowy na własną firmę? Przestań zadawać to pytanie
Przez ostatnie osiemnaście lat rozmawiałem z setkami ludzi, którzy chcieli założyć własną firmę. I wiesz, co było wspólne dla zdecydowanej większości z nich? Czekali. Czekali na odpowiedni moment, na więcej oszczędności, na lepszy pomysł, na znak z nieba. Czekali, aż poczują się gotowi. Większość z nich czeka do dziś.
Mam dla ciebie wiadomość, która może być albo wyzwalająca, albo nieprzyjemna — zależy, jak na to spojrzysz: nigdy nie będziesz w stu procentach gotowy na własną firmę. I to jest absolutnie normalne. Problem pojawia się wtedy, gdy brak gotowości staje się wymówką, a nie sygnałem do działania.
Ten artykuł nie jest kolejną listą „10 cech przedsiębiorcy". Nie zamierzam ci mówić, że musisz być odważny, kreatywny i odporny na stres. To wiesz sam. Chcę ci pokazać, jak odróżnić uzasadnione obawy od strachu, który cię po prostu blokuje.
Zanim przejdziemy do meritum, chcę żebyś przez chwilę zastanowił się, dlaczego w ogóle zadajesz sobie to pytanie. Bo to pytanie ma dwa oblicza.
Pierwsze oblicze to rozsądek. Chcesz mieć pewność, że nie wskoczysz do biznesu bez żadnego przygotowania, że nie stracisz wszystkich oszczędności w trzy miesiące i że masz jakiś plan. To jest zdrowa ostrożność i szanuję ją ogromnie.
Drugie oblicze to lęk. Pytanie „czy jestem gotowy" jest często eleganckim sposobem na powiedzenie sobie: jeszcze nie teraz. Jest psychologicznym mechanizmem ochronnym, który chroni cię przed ryzykiem, przed oceną innych i przed ewentualną porażką. Problem w tym, że chroni cię też przed sukcesem.
Przez lata pracy z przedsiębiorcami i osobami, które chciały nimi zostać, nauczyłem się jednej rzeczy: gotowość nie jest stanem, który osiągasz. To decyzja, którą podejmujesz.
Zamiast pytać, czy jesteś gotowy w ogóle, proponuję ci pięć konkretnych pytań. One dadzą ci dużo więcej informacji niż ogólne rozważania o gotowości.
To brzmi banalnie, a jednak większość pomysłów na firmę rozbija się właśnie o ten punkt. Nie chodzi o to, żebyś miał gotowy produkt czy usługę dopracowaną do perfekcji. Chodzi o to, żebyś potrafił odpowiedzieć na jedno zdanie: pomagam [konkretnej grupie ludzi] osiągnąć [konkretny efekt] za pomocą [konkretnego rozwiązania].
Jeśli twoja odpowiedź brzmi „wszyscy mogą być moimi klientami" — to sygnał alarmowy. Powodem jest to, że nie masz jeszcze jasności co do tego, dla kogo pracujesz. A bez tej jasności marketing, sprzedaż i cały biznes będą dryfować bez kierunku.
Pamiętam Maćka — znajomego, który rzucił pracę w korporacji z dnia na dzień, bo „miał dość". Przez pierwsze dwa miesiące czuł się świetnie. W trzecim miesiącu zaczął panikować, bo przychody były zerowe, a rachunki nie czekały. W czwartym wrócił do etatu, tym razem z poczuciem porażki, które towarzyszyło mu latami.
Maciek nie potrzebował więcej odwagi. Potrzebował trzech do sześciu miesięcy oszczędności, które pozwoliłyby mu spokojnie budować biznes bez presji natychmiastowego zarobku. Finansowa poduszka bezpieczeństwa to nie luksus — to podstawa psychicznego komfortu, który pozwala ci podejmować dobre decyzje, a nie decyzje z desperacji.
Jeśli jej nie masz, nie mówię ci „nie zakładaj firmy". Mówię ci: najpierw ją zbuduj. To może potrwać rok albo dwa. I to jest całkowicie w porządku.
To pytanie wywołuje u wielu ludzi fizyczny dyskomfort. Słyszę to regularnie: „Ja nie chcę sprzedawać, chcę robić to, co lubię". Rozumiem to uczucie. I mam dla ciebie złą wiadomość: w biznesie nie ma opcji „nie sprzedaję". Jest tylko opcja „sprzedaję" albo „moja firma nie istnieje".
Sprzedaż nie oznacza wciskania ludziom rzeczy, których nie potrzebują. Oznacza komunikowanie wartości tego, co robisz, w sposób, który sprawia, że właściwy człowiek chce za to zapłacić. To jest sztuka, której można się nauczyć. Nie musisz być urodzonym sprzedawcą. Musisz być gotowy na to, żeby się tego nauczyć.
Jeśli na samo słowo „sprzedaż" robi ci się niedobrze — to jest twoja pierwsza praca domowa, zanim w ogóle zarejestrujesz działalność.
Jeden z największych błędów, jakie popełniają nowi przedsiębiorcy, to próba wymyślenia koła na nowo. Uczenie się wyłącznie na własnych błędach jest drogie — kosztuje czas, pieniądze i nerwową energię, której nie odzyskasz.
Mentor, coach (trener biznesowy), mastermind (grupa wzajemnego wsparcia przedsiębiorców) — to nie są fanaberie dla ludzi z nadmiarem gotówki. To skróty, które mogą zaoszczędzić ci miesięcy lub lat chodzenia po omacku. Zapytaj siebie: czy mam dostęp do kogoś, kto zbudował biznes podobny do tego, który chcę zbudować? Jeśli nie — to jest punkt numer jeden do ogarnięcia.
Nie mówię tu o „pasji" w rozumieniu instagramowych cytatów. Mówię o czymś konkretniejszym: dlaczego chcesz mieć własną firmę? I to musi być odpowiedź głębsza niż „chcę być swoim własnym szefem" czy „chcę zarabiać więcej".
Bo kiedy przyjdzie kryzys — a przyjdzie na pewno — to właśnie ten powód będzie tym, co sprawi, że wstaniesz rano i będziesz dalej działać, zamiast się poddać. Słaby powód nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością.
Chcę być wobec ciebie uczciwy: są sytuacje, w których naprawdę nie powinieneś teraz zakładać firmy. I nie ma w tym nic złego.
Jeśli jesteś w środku poważnego kryzysu życiowego — rozstania, choroby, żałoby — to nie jest najlepszy moment na dodatkowe obciążenie, jakim jest budowanie biznesu od zera. Psychika ma ograniczone zasoby i zakładanie firmy w takim momencie często kończy się podwójnym kryzysem zamiast jednym.
Jeśli twój pomysł biznesowy opiera się wyłącznie na założeniu, że „na pewno się uda", bez żadnej weryfikacji w rzeczywistości — to też jest sygnał, żeby najpierw porozmawiać z potencjalnymi klientami, zanim zainwestujesz czas i pieniądze.
Jeśli masz długi konsumpcyjne i żyjesz od wypłaty do wypłaty — budowanie firmy będzie jeszcze trudniejsze, bo każdy słabszy miesiąc przychodu będzie generował spiralę stresu. To nie znaczy, że nie możesz zacząć planować. Znaczy, że kolejność działań powinna być inna.
Odróżnienie uzasadnionej ostrożności od paraliżu decyzyjnego to jedna z ważniejszych umiejętności, jaką możesz rozwinąć. I jest to umiejętność, a nie cecha wrodzona.
Wróćmy na chwilę do Maćka. Opowiedziałem ci o jego błędzie. Teraz opowiem ci o Ani, która zrobiła to inaczej.
Ania pracowała jako graficzka w agencji reklamowej. Od kilku lat myślała o własnej działalności, ale bała się finansowego skoku w ciemność. Zamiast rzucać pracę, zaczęła przyjmować pierwsze zlecenia wieczorami i w weekendy. Przez sześć miesięcy budowała portfolio i bazę klientów. Kiedy jej dochody ze zleceń przez trzy kolejne miesiące pokrywały jej aktualne wydatki — złożyła wypowiedzenie. Weszła w pełnoetatowy biznes z klientami, referencjami i finansową poduszką. Dziś prowadzi studio graficzne z trzema współpracownikami.
Nie mówię, że ta droga jest jedyna słuszna. Mówię, że istnieje wiele sposobów na zbudowanie własnej firmy i nie wszystkie wymagają dramatycznego skoku w nieznane.
Kilka konkretnych kroków, które możesz zrobić zanim jeszcze oficjalnie otworzysz działalność:
Wiem, że to może brzmieć jak paradoks. Ale po osiemnastu latach pracy z ludźmi w biznesie jestem o tym głęboko przekonany: nie stajesz się gotowy, a potem zaczynasz działać. Stajesz się gotowy, ponieważ zacząłeś działać.
Gotowość rośnie z każdą rozmową z potencjalnym klientem, z każdą wystawioną fakturą, z każdym odrzuceniem, które przeżyłeś i które nie zabiło cię. Nie da się jej zbudować w głowie, przy biurku, czytając kolejną książkę o biznesie.
Jeśli czytasz ten artykuł i przez cały czas kiwasz głową z poczuciem, że to wszystko rozumiesz, ale nadal nie wiesz, od czego zacząć — mam dla ciebie jedno konkretne zadanie na dziś. Nie na przyszły tydzień. Dziś.
Napisz trzy zdania: kim jest twój klient, jaki problem mu rozwiązujesz i ile chcesz za to brać. Trzy zdania. Jeśli potrafisz je napisać — masz więcej gotowości, niż myślisz. Jeśli nie potrafisz — właśnie wiesz, gdzie jest twoja pierwsza robota do odrobienia.
Własna firma to nie nagroda dla tych, którzy są wystarczająco dobrzy. To droga dla tych, którzy zdecydowali się nią iść — mimo że nie mają wszystkich odpowiedzi. Nikt ich nie miał na początku. Ty też ich nie potrzebujesz wszystkich. Potrzebujesz wystarczająco dużo, żeby zrobić następny krok. I tylko tyle.