Cancel culture, czyli jak tłum stał się sędzią, katem i więzieniem w jednym
że wstajesz rano, parzysz kawę, otwierasz telefon – i odkrywasz, że jesteś skończony. Coś, co powiedziałeś pięć lat temu. Tweet, który wydawał ci się niewinnym żartem. Opinia, którą wyraziłeś na prywatnym spotkaniu, a ktoś nagrał. W ciągu kilku godzin masz tysiące wiadomości, twój pracodawca dostaje petycję z żądaniem twolnego, znajomi milkną. Nie ma procesu, nie ma obrony, nie ma możliwości wyjaśnienia. Jest tylko wyrok.
To nie jest scenariusz science fiction. To mechanizm, który działa każdego dnia. I jako psycholog obserwuję go z rosnącym niepokojem – Powodem jest to, że to, co widzę w tym procesie, jest głęboko niezdrowe. Zarówno dla ofiar, jak i dla tych, którzy wymierzają karę.
Cancel culture – można to przetłumaczyć jako „kultura anulowania" lub „kultura wykluczenia" – to zjawisko społeczne polegające na zbiorowym bojkotowaniu, napiętnowaniu i społecznym niszczeniu osób, które przekroczyły pewne, często niepisane, normy. Mechanizm działa głównie w mediach społecznościowych, choć jego skutki rozlewają się na życie zawodowe, rodzinne i psychiczne jednostki.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć: no i dobrze, wreszcie jest jakaś odpowiedzialność za słowa i czyny. Rozumiem tę intuicję. Sam przez lata pracowałem z osobami, które padły ofiarą przemocy, dyskryminacji, mobbingu – i wiem, jak ważne jest, żeby sprawcy ponosili konsekwencje. Problem zaczyna się wtedy, gdy mechanizm odpowiedzialności zostaje zastąpiony przez mechanizm linczu.
Różnica jest fundamentalna. Odpowiedzialność zakłada proporcjonalność kary do przewinienia, możliwość obrony, szansę na naprawę i zmianę. Lincz – nie zakłada nic. Jest emocjonalną eksplozją, która daje chwilową ulgę tym, którzy go wykonują, a niszczy tego, na kogo spada.
Gustave Le Bon już w XIX wieku opisał mechanizmy psychologii tłumu. Zygmunt Freud rozwinął te obserwacje, pisząc o tym, jak jednostka zanurzona w masie traci część swojego superego – wewnętrznego cenzora moralnego – i zaczyna zachowywać się w sposób, który w normalnych warunkach uznałaby za wstydliwy.
Badania współczesnej psychologii społecznej, między innymi prace Philipa Zimbardo dotyczące efektu Lucy, pokazują coś niepokojącego: zdehumanizowanie celu sprawia, że ludzie są w stanie wyrządzać krzywdę bez odczuwania winy. Gdy ktoś staje się „cancel'owanym" (wykluczanym), przestaje być człowiekiem z historią, kontekstem i złożonością. Staje się symbolem zła, które trzeba zniszczyć.
Pamiętam rozmowę z klientem – dyrektorem dużej firmy – który kilka lat temu padł ofiarą takiej fali. Jedna wyrwana z kontekstu wypowiedź na konferencji, zapis wideo, błyskawiczne rozprzestrzenienie się w sieci. W ciągu 72 godzin stracił pracę, kilku znajomych przestało odbierać telefony, a jego córka była prześladowana w szkole. Powiedział mi coś, czego nie zapomnę: „Najbardziej bolało nie to, że ludzie mnie nienawidzą. Bolało to, że nikt nie zapytał, co miałem na myśli."
To zdanie zawiera w sobie sedno psychologicznego problemu cancel culture. Nie ma w niej miejsca na rozmowę. Jest wyrok.
Dlaczego ludzie uczestniczą w takich falach? Odpowiedź jest mniej heroiczna, niż im się wydaje. Badania Jonathana Haidta nad moralnością pokazują, że nasze przekonania moralne są w znacznej mierze napędzane emocjami, a nie rozumowaniem. Najpierw czujemy oburzenie, potem szukamy uzasadnienia. To zjawisko nosi nazwę „racjonalizacji post hoc" (uzasadnianie po fakcie).
Dochodzi do tego potrzeba przynależności do grupy. Kiedy uczestniczysz w zbiorowym potępieniu, jesteś „po właściwej stronie". Jesteś częścią czegoś ważnego. Twój status w grupie rośnie. Mózg nagradza cię dopaminą za każdy retweetowany post z oburzeniem, za każdy komentarz zbierający lajki. To nie jest walka o sprawiedliwość. To uzależniający mechanizm nagrody.
I właśnie dlatego jest tak trudno z tego wyjść. Bo kto chce być osobą, która „broni złoczyńcy"? Kto ryzykuje własne wykluczenie, żeby zapytać: „Czy na pewno mamy pełny obraz sytuacji?"
Ostracyzm – wykluczenie społeczne – to jeden z najsilniejszych stresorów psychologicznych, jakie zna nauka. Kipling Williams, profesor psychologii, spędził dekady badając wpływ ostracyzmu na człowieka. Wyniki są jednoznaczne: wykluczenie aktywuje te same obszary mózgu co ból fizyczny. Dosłownie boli.
W przypadku cancel culture mówimy o wykluczeniu na masową skalę, często anonimowym, rozciągniętym w czasie i niemożliwym do zatrzymania. Osoby, które przez to przeszły, opisują objawy bardzo podobne do PTSD (zespołu stresu pourazowego): zaburzenia snu, natrętne myśli, poczucie zagrożenia, izolacja, depresja.
Dodatkowo nawet jeśli dana osoba „zrobiła coś złego" – i tu wchodzę na naprawdę grząski grunt – pytanie brzmi: czy proporcjonalna kara pomaga w naprawie krzywdy i zmianie zachowania, czy wręcz przeciwnie, zamraża człowieka w defensywie i uniemożliwia mu prawdziwą refleksję?
Z mojego doświadczenia terapeutycznego i trenerskiego wynika jedno: ludzie zmieniają się przez bezpieczny kontakt z konsekwencjami, przez rozmowę, przez relację. Nie zmieniają się przez publiczne ukrzyżowanie. To drugie generuje tylko wstyd – a wstyd, jak doskonale opisała Brené Brown w swoich badaniach, nie prowadzi do zmiany. Prowadzi do zamknięcia się, agresji lub całkowitego rozkładu psychicznego.
Wina mówi: „Zrobiłem coś złego." Wstyd mówi: „Jestem zły." Wina motywuje do naprawy. Wstyd paraliżuje lub niszczy. Cancel culture operuje wyłącznie na poziomie wstydu. Nie mówi: „Twoje zachowanie było nieakceptowalne, zmień je." Mówi: „Ty jesteś nieakceptowalny, znikaj."
Z punktu widzenia psychologii zmiany to ślepa uliczka. Jeśli naprawdę zależy nam na tym, żeby ludzie stawali się lepsi, to narzędzie, po które sięgamy, powinno ten cel realizować. Cancel culture go nie realizuje. Realizuje potrzebę odreagowania i poczucia moralnej wyższości.
Mam znajomą – nazwijmy ją Marta – która przez wiele lat była aktywistką praw człowieka. Pomagała ofiarom przemocy, budowała koalicje, robiła ważną robotę. Kilka lat temu uczestniczyła w kampanii cancel culture przeciwko osobie publicznej. Kampania była brutalna, skoordynowana i skuteczna – człowiek stracił pracę, rodzina rozpadła się pod presją.
Spotkałem Martę rok później. Powiedziała mi: „Wiem, że tamten człowiek mówił straszne rzeczy. Wiem, że zasługiwał na konsekwencje. Ale w środku czuję coś, czego nie rozumiem – coś jakby brud." Rozumiałem doskonale. To był dysonans moralny. Gdzieś głęboko wiedziała, że sposób, w jaki to zrobili, nie był sprawiedliwy. Że nie miała pewności co do wszystkich faktów. Że dała się ponieść czemuś, co wyglądało jak sprawiedliwość, ale działało jak zemsta.
To jest paradoks cancel culture. Zaczyna się od prawdziwych krzywd i uzasadnionego gniewu. Przerasta w mechanizm, który sam zaczyna wyrządzać krzywdy. I wciąga do środka ludzi, którzy mają dobre intencje.
Nie piszę tego, żeby zostawić cię z samym pesymizmem. Przez 18 lat pracy z ludźmi nauczyłem się jednego: świadomość problemu to dopiero początek. Liczy się to, co z nią robisz.
Cancel culture jest objawem. Objawem głębszego problemu: braku umiejętności prowadzenia trudnych rozmów, niezdolności do tolerowania złożoności, potrzeby prostych narracji w skomplikowanym świecie. Jest też objawem prawdziwego bólu – ludzi, którzy czuli się ignorowani, których krzywdy były bagatelizowane i którzy w końcu znaleźli narzędzie do wyrażenia gniewu.
Ten gniew jest zrozumiały. Nawet uzasadniony. Problem leży w narzędziu, nie w emocji.
Jako psycholog uważam, że możemy budować kulturę odpowiedzialności bez kultury linczu. Możemy wymagać od siebie nawzajem więcej bez unicestwiania tych, którzy popełniają błędy. Możemy stawiać granice bez niszczenia człowieka po drugiej stronie.
To wymaga czegoś trudniejszego niż kliknięcie „udostępnij". Wymaga zatrzymania się. Refleksji. Gotowości do rozmowy. Odwagi powiedzenia: „Zanim ocenię, chcę zrozumieć."
Jeśli coś z tego tekstu cię uderzyło, zapraszam do komentarza – chętnie porozmawiam. A jeśli znasz kogoś, kto przez to przechodzi – pokaż mu ten tekst. Czasem jedno zdanie wystarczy, żeby ktoś poczuł się mniej sam.